sobota, 26 marca 2016

Wspomnienie #1

Uwaga!: Oto dwa wspomnienia Cassandry. Nie mam serca trzymać was w niewiedzy i dzielę się nimi z wami, choć nie powinnam tego robić teraz. Miłego czytania!




Cienka linia pomiędzy
Tobą i moją poczytalnością
Szybko niknie
Wykorzystuje wietrzyk by sprowadzić burzę
Bierze oddech by wywołać krzyk
Wyzyskuje mnie by spowodować tragedię 
 
Broken Iris - Broken Inside *klik*



Wtorek, 2 października 2018 r.


 – Opowiedz o tym. Musimy znać szczegóły prosi łamiącym się głosem Minister Magii. Spogląda niepewnie na twarze swych kompanów. Panowie i Władcy, siedzący wśród czterech ścian izolatki w Zakładzie Psychiatrycznym imienia świętego Munga wyglądają na bladych ze strachu. A może to tylko oświetlenie? Sztuczne światło żarówki boleśnie rani moje przekrwione oczy. Jest jedynym powodem, dla którego jeszcze nie odwróciłam się plecami do odwiedzających i nie pogrążyłam w farmaceutycznym letargu.
Mężczyźni nerwowo kręcą się na krzesłach. Harry Potter, lekko wczorajszy, wlepia wzrok w wyłożone jasnozielonymi kafelkami ściany. Unika mojego lekko rozbieganego spojrzenia. Zawsze to samo. Obwinia się o całe zło tego świata.
Minister Kingsley Shacklebolt wystukuje stopą nierówny rytm nieznanej mi piosenki. W ręku gniecie dzisiejsze wydanie „Proroka Codziennego”. Czarna szata, którą ma na sobie, jest jak zwykle nieskazitelnie czysta. W przeciwieństwie do jego sumienia.
Jasper Johnson, kiedyś nieposkromiony i najodważniejszy z nas wszystkich,  teraz wygląda jak wrak człowieka. Nienaturalnie blady, mężczyzna ma podkrążone oczy, zapadłe policzki i kilkudniowy, niechlujny zarost. Nie goli się, odkąd tu jestem? Właściwie, jak długo tu jestem? Godziny? Dni? Tygodnie?

Czują się winni, mała Cahan. I słusznie, prawda? To ich wina. Wiesz o tym, moja mała. Oni wszyscy są winni. Powinnaś wymierzyć im sprawiedliwość. Chcesz tego, prawda?.

Och, zamknij się z łaski swojej,  pieprzony głosie. Może to i jego wina. Może to wszyscy zawinili. Może tylko ja. Tamara… ona i tak… nie… wiesz, o co mi chodzi. Nic tego nie zmieni. Nawet gdybym poderżnęła im gardła od ucha do ucha, jak według ciebie powinnam zrobić.

Kiedyś przekonasz się, że mam rację. Oni zasługują na karę. Za to co nam zrobili, Cahan. Zostawili nas na pastwę losu. Ale kiedyś zapłacą. Obiecuję Ci. Wystarczy, że uwierzysz w siebie. Uwierzysz we mnie.

Nieużywane struny głosowe sprawiają wrażenie zardzewiałych. Dźwięk mojego głosu nie należy do najprzyjemniejszych.
 – Jakby szczegóły dały wam jaśniejszy obraz sytuacji. Doprowadzą was tylko do faktu dokonanego – zwariowałam, postradałam zmysły. Smutne, czyż nie? Taki gwałtowny upadek obiecującej marionetki – wydaje z siebie odgłos przypominający zgrzyt metalu o metal.
Cała trójka wzdryga się, zdumiona i zniesmaczona. Na ogół nie odzywam się zbyt wiele – jestem zbyt obolała albo otumaniona.
Usiłuję patrzeć im w oczy, ale mój wzrok nadal się buntuje. Czarne mroczki tańczą po pustym pokoju.
Przerażam ich do głębi, a pomimo tego nadal tu są. Głupcy.
Nic dziwnego, że budzę strach – wyglądam jak wariatka, którą potrącił samochód. Chociaż, samochód byłyby bardziej delikatny. Splatane, ciemnobrązowe kudły poprzetykane są pasemkami szkarłatu. Minęło trochę czasu, a one i tak nie zniknęły do końca. Medycy próbują coś z tym zrobić, niektórzy chcieli nawet je obciąć i zbadać. Uciekali nadzwyczaj szybko, ten z nożyczkami pięknie się dymił. Pielęgniarki ledwie zdążyły przygwoździć mnie z powrotem do łóżka. Zwęglone resztki magicznych pasów bezpieczeństwa wyglądały tak smętnie…

– Musi pan jej wybaczyć, panie doktorze. Wiele przeszła – tłumaczyła się pielęgniarka.
– Nie to mnie martwi, Tivio. Nasza pacjentka dostaje takie dawki leków, że powinna być łagodna jak baranek – zadumał się doktor. – Co on jej zrobił?
Kobieta pokręciła głową. Nie wiedziała.

Jestem „zmasakrowaną pacjentką spod siódemki”. Panie z dyżurki, która znajduje się tuż za ścianą mojej izolatki, są bardzo kreatywne. Szczególnie w późnych godzinach nocnych, gdy nie spodziewają się, że ktoś kojarzący fakty może je podsłuchiwać. Poważny błąd.
Najgorsze są jednak rany. Galaktyki na wpół zagojonych ran ciętych i kłutych – jak to pięknie określa doktor Heil, moja uzdrowicielka prowadząca. Greyback nie był subtelny. Bynajmniej – podczas swojego ulubionego zajęcia, którym były próby wyciągnięcia ze mnie informacji, nie przebierał w środkach. Oczywiście, wszystko bez pomocy magii, nie chciał mnie uśmiercić ani trwale okaleczyć. Nie od razu. Poza tym, kary cielesne szybko się goją, po odpowiedniej dawce leków. Dawały mu one t y l e przyjemności. Potem faszerował mnie eliksirami. Ich ilość zależała od tego, w jakim stopniu rozgniewałam mojego oprawcę.  Medykamenty nigdy nie goiły wszystkiego w stu procentach, zostawiając feerię barwnych siniaków, długich, szarpanych ran i tym podobnych. Jego „ulubiona maskotka” nie mogła się przecież wykrwawić już po pierwszym spotkaniu.
Czy takich ludzi nazywają psychopatami? Nie mam pojęcia. Wiem tylko jedno – chciał informacji, których tylko ja mogłam mu dostarczyć. A ja nie byłam zbyt pomocna.

Nie przejmuj się, malutka. On już jest martwy. Odczuł  n a s z ą  potęgę. Pomyśl, jaki ból mu sprawiłaś. Czyż to nie słodkie?

Zamknij się, powiedziałam. Nie chcę Cię w mojej głowie, wynoś się. To moje sanktuarium, nie masz tu wstępu, czymkolwiek jesteś!

To miała być rutynowa misja. Taka jak co miesiąc – z prostym zadaniem, śladowymi ilościami samodzielnego podejmowania decyzji i ślepym posłuszeństwem wobec przełożonych. Całkowicie bezpieczna. Przecież był tam Harry Potter, do cholery! Kto o zdrowych zmysłach odważyłby się zaatakować, kiedy on jest w pobliżu?
To miało być proste. Zająć pozycje na peronie 9 ¾, obserwując dzieciaki wyjeżdżające do Hogwartu. Część przebrana w hogwardzkie mundurki, reszta w mugolskie ciuchy, młodzi Łowcy mają wtopić się w tłum jak duchy, czujni niczym wygłodniali drapieżnicy. Każdy doskonale zna polecenia, wie, co ma zrobić. Tyle zadań, przećwiczonych schematów, przetartych szlaków byśmy umieli sprostać sytuacjom takim, jak ta.

To miało być banalne. Więc dlaczego nie sprostaliśmy? Bo to Śmierciożercy? Bo chcieliśmy być bohaterami, a nie wyszło? Bo postępowaliśmy odruchowo? Bo plan nie zakładał sprytu byłych więźniów?

– Wyjdźcie stąd – mruczę, pozwalam ciężkim powiekom opaść. Leki nasenne zaczynają działać. – Chcę… spać. Nie martwcie się. Nie przyśni mi się nic, o czym trzeba by was informować.
Poprawiam przewód od kroplówki i przewracam się na bok. Strupy na plecach dają o sobie znać.
Drzwi zamykają się ze szczękiem zamków.

Chyba nigdy się tego nie dowiem.

Poniedziałek, 3 września 2018 r.

Utrzymuję swoją pozycję – tuż pod przedostatnim filarem, na lewym krańcu dworca, skąd mam najlepszy widok na ludzi przy wielkiej, czerwonej lokomotywie „Hogwart Express”. Lustruję wzrokiem każdą postać, wypatruję jakichś niepokojących oznak. Od prawej do lewej, z powrotem, nisko i wysoko, tych na widoku i tych zasłoniętych. I tak w kółko.
Alex ma na oku dzieciaki Potterów i Wesleyów, które są teraz najbardziej odsłonięte i da innym znać, gdy coś będzie nie tak.
Zapowiada się spokojnie, myślę z lekkim uśmiechem.
Na wszelki wypadek sprawdzam gotowość  sprzętu: różdżka w uprzęży na udzie, zasłonięta fałdami szaty – jest, dwa noże do rzucania, po jednym w każdym bucie – są, dodatkowo jeden sztylet na lewym przedramieniu – jest.
Hogwardzki mundurek nie jest w sumie taki zły. Biała koszula, ciemna, wełniana kamizelka bez rękawów, długa, czarna szata i czarne dżinsy – które w walce są bardziej praktyczne niż zwiewna spódnica.
Czuję się jak baletnica na deskach teatru. Mam do odtańczenia swoją rolę, tworzę element układanki. Tylko, że tancerki nie mogą zginąć, gdy pomylą kroki. W przeciwieństwie do mnie.

Nic mnie nie zaskoczy. Dam radę. Nie mogę zawieść.

Szukam wzrokiem Tamary. Filigranowa blondynka bardzo łatwo może zniknąć z oczu.
Widzę ją. Jej ładną, sercową buzię okalają blond kosmyki, z grzywką zasłaniającą półtwarzy. Opiera się plecami o ostatnią kolumnę po lewej, w ręku trzyma książkę. Całkiem niezła przykrywka – myślę z uznaniem – mała kujonica z pierwszego roku nie wygląda podejrzanie z dala od rówieśników. Chce mi się śmiać, gdy wspominam jej protesty.

– Nie! Nie zgadzam się! – krzyknęła Tamara, odwracając się plecami do panny Gordon.
– Panno Fall, nie mamy innego wyjścia. Ze względu na twój wzrost…
– Nie, nie, nie! Ona – rzuciła oskarżycielsko Tamara, wskazując palcem na mnie – będzie wypominać mi to do końca życia. Mam związać włosy w kucki? KUCKI?! Będę wyglądać jak przedszkolak, nie jedenastolatka! Bardzo panią proszę… To, że mam tylko metr pięćdziesiąt wzrostu nie znaczy, że muszę grać bachora.
– Bez dyskusji, panno Fall. To nie są ćwiczenia. Wasz zespół – ty, panna le Fay i pan Blake – macie za zadanie obserwować wszystko z bliska.  Alexander na pewno nie nadaje się do zadania, jakie otrzymałyście ty i Cath. Twoja przyjaciółka posiada umiejętności, które pozwolą nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, a ty ze swą budową możesz wyglądać na jedenaście, jaki i na dwadzieścia lat. Proszę więc, abyś potraktowała to jako wyróżnienie, a nie karę.

Przyjaciółka odwraca się i patrzy na mnie przez ułamek sekundy. Jej różnokolorowe oczy błyszczą. Lewe oko Fall jest bursztynowe, z czerwoną obwódką wokół źrenicy. Piętno pół-likantropa. Prawe ma barwę szarego, burzowego nieba. Dziewczyna rusza w moim kierunku bardzo powoli, nadal „z nosem w książce”.
Nagle coś się zmienia. Dostaję gęsiej skórki, włoski na kark stają mi dęba. Rozglądam się po dworcu, ale nic nie dostrzegam. Prawo, lewo, nisko, wysoko… Ktoś mnie obserwuje, ale nie mam pojęcia skąd.

Alex. Alex! Coś jest nie tak. Spójrz na mnie!

Blake, który jest na drugim końcu dworca, dopiero po chwili odczytuje komunikat. W tym momencie żałuję, że nie potrafię wtargnąć do jego umysłu. Alex umie połączyć się z każdym, przewertować jego myśli jak otwartą księgę gdy tylko zechce, ale im dalej, tym trudniej utrzymywać kontakt.
Czuję, że ktoś muska barierę mojego umysłu. To zabawne uczucie, jak dotyk zwilżonego ręcznika na skroni. Otwieram się, pozwalam wniknąć Blake’owi do mojej świadomości.

Jestem, Cath. Coś się stało?

Chyba ktoś mnie obserwuje. Widzisz coś?

Odpowiedź nie nadchodzi szybko, więc niecierpliwię się. Przygryzam wargę, nadal dyskretnie obserwuję otoczenie. Dotykam materiału szaty, zasłaniającego udo. Tuż pod nim znajduje się różdżka, którą jestem gotowa wyciągnąć w każdej chwili. Nie jest niezbędna, ale z nią czuję się pewniej.

Nikt nie widzi nic podejrzanego, Cath. Poczekaj… – przerywa. –  Feliks mówi, że masz blisko siebie najstarszego Pottera. Lubi pakować się w kłopoty, miej go na oku. – znowu pauza. – Le Fay, nie panikuj. Może ktoś się pomylił, fałszywe alarmy się zdarzają. Gdyby Śmierciożercy chcieli zemścić się na Harrym, zrobiliby to wcześniej, zanim ich zapuszkowali.

Nie przekonuje mnie, jednak próbuję skupić się na robocie. W końcu to nie pierwsza i nie ostania taka misja. Zrywam kontakt, ponownie osłaniam umysł tarczą –  wyobrażam sobie, że buduję wokół niego mur, cegiełka po cegiełce.
Grupa byłych Śmierciożerców kilka tygodni temu uciekła z Azkabanu. Nikt nie wie, jak im się to udało – być może skorzystali z wymiany straży z dementorów na ludzi w ich skrzydle albo zniknięcie dawnych strażników w jakiś sposób zachwiało zaklęciami zabezpieczającymi ich cele. Więźniowie zaatakowali strażników, ukradli ich różdżki i zniknęli jak kamfora. Grupą przewodzi Fenrir Greyback, znany z wyjątkowego okrucieństwa wilkołak, który może być niepoczytalny po tylu latach w zamknięciu.
Jako, że Śmierciożercom nie zostało praktycznie nic do stracenia, a większość marzyła tylko o zemście, dowództwo ustaliło, że ich celem może być Harry Potter. Nie odważyliby się zaatakować go bezpośrednio, ale Potter ma coś, co jest dla niego cenniejsze niż własne życie – jego rodzina. A kiedy wszyscy – Potterowie, Weasleyowie i cała reszta – zbierze się razem w jednym miejscu? Na peronie 9 i ¾, w dniu odjazdu „Hogwart Express”
Postanawiam zmienić pozycję. Mijam się z Tamarą, blondynka puszcza mi oczko i zajmuje moje miejsce. Idę przed siebie, gdy dostrzegam rozczochraną, czarną czuprynę.
To jest młody Potter?­, przebiega mi przez myśl. Staram się sprawnie lawirować pomiędzy osobami w tłumie, nie spuszczając go z oczu. Mijam wesołe rodzinki – dzieciaki żartują z rodzicami, rozmawiają z rodzeństwem, witają się z przyjaciółmi. Wszystkich wiąże niewidzialna nić porozumienia. Coś kłuje mnie w klatce piersiowej. Czym prędzej odwracam wzrok.
Przy kolumnie katem oka rejestruje jakiś ruch. Natychmiast zapominam o tamtych błahostkach. Staram się podejść bliżej niezidentyfikowanego osobnika.

Kto może chować się gdzieś teraz, gdy zostało tak niewiele czasu do odjazdu?

Z zamyślenia wyrywa mnie czyjś łokieć, który mija mój nos o cala. Odskakuje i wpadam na osobę z tyłu.
Ląduję na podłodze z hukiem, dzwoni mi w uszach. Jestem nieco zdezorientowana. Modlę się w duchu, żeby nie wypadły mi noże. Nie wyglądałoby to najlepiej.
– Uważaj jak chodzisz! – prycha poszkodowany. Brzmi zaskakująco młodo. – Mogłaś mnie zabić!
– Przepraszam – mruczę, sprawdzając dyskretnie broń. Po upewnieniu się, że wszystko jest na swoim miejscu, spoglądam na właściciela głosu.
Chłopak, mniej więcej w moim wieku, pociera obolały łokieć. Łypie na mnie nieprzyjaźnie. Ma ładne, orzechowe oczy. Wygląda znajomo – wydaje się wysoki, ale i kościsty. Jego prosty nos jest lekko zadarty do góry. Jasną twarz pokrywa lekki rumieniec złości i masa drobnych  piegów. Luźna koszulka z krótkim rękawem o barwie dojrzałej wiśni i przetarte dżinsy bardzo do niego pasują.
Chłopiec wstaje, otrzepuje spodnie z brudu i marszczy brwi. Już wiem! O Merlinie…!
– No wstawaj – wzdycha i podaje mi dłoń.
– Ja… – niepewnie wyciągam rękę. Chwyta mnie za nią i ciągnie do góry. – Przepraszam. Strasznie ciężko jest tu przejść.
Chłopak parska pod nosem i wkłada ręce do kieszeni, kręcąc głową. Gdy już odkryłam jego tożsamość, wydaje się nawet podobny do ojca.
Idąc za jego przykładem oczyszczam ubrania.
– Nie szkodzi, zdarza się. Zawsze jest tu tłum. Tak przy okazji, jestem James.
– Dobrze jest znać imię swojej niedoszłej ofiary – uśmiecham się krzywo, przekrzywiając głowę.
Dociera do mnie dziwny zapach. Przywodzi na myśl dawne wizyty w lesie, ale nie potrafię powiązać go z żadnym oczywistym wspomnieniem. Woń wydaje się dzika, jeśli można w ogóle ją tak określić.
A potem przypominam sobie. Piżmo. Psa, a właściwie wilka. Tamara czasami, gdy zbliżała się pełnia…

Wilkołak.

Wewnętrzny żar cicho mruczy, niby rozochocony kociak. Mimo grozy sytuacji jest zadowolony, głodny wrażeń.

Alex! On tu jest! ON…

Za plecami Jamesa, w cieniu kolumny dostrzegam kolejny ruch. Błysk pazurów, cichy śmiech. Potem rejestruję kolejny czynnik. Odór krwi, metaliczny i obrzydliwie słodki.
Zawiesina podchodzi mi do gardła. Przełykam ją wraz ze śliną. Zaciskam powieki, przygryzam wargę prawie do krwi.

Potrzebuję cię. Wychodź.

Czuję go. Znowu jest częścią mnie. Promieniuje, ogrzewa mnie swym ciepłem. Sprawia, że jestem silna, niewyobrażalnie potężna. Nabrzmiałe żyły świecą, pulsują bólem, ale jakże rozkosznym. Nareszcie umiem go okiełznać.
W ułamku sekundy żar rozlewa się po moim ciele. Lecz tym razem jest moim pomocnikiem, prawie patronusem. Musi spełnić jego zadanie.
Narażam się na gwałtowne opadnięcie z sił, gdy decyduję się na zmianę wyglądu. Do głowy wpada mi ciekawy pomysł. Zdjęcie z portfela mentora, przedstawiające dwie rudowłose – małą dziewczynkę i dorosłą kobietę. Dziewczynka może teraz nieświadomie uratować życie brata.
Otwieram oczy. Widzę, jak przerażony James Potter cofa się gwałtownie. Wiem, co widzi – dziewczynę, której źrenice są małe jak ziarnka piasku, a otaczają je dwa ogniste okręgi, zastępujące tęczówki. Dziewczynę, której skóra na policzkach drga, napina się, a następnie blednie i pokrywa się piegami; jej włosy prostują się. Ból nadużywanej mocy szczypie mnie w cebulki włosów, gdy barwa kosmyków zmienia się z brązu na miedź. Tracę na wadzę, ubrania zwisają ze mnie, nagle o kilka rozmiarów za duże.
Cieszę się, że James jest ode mnie wyższy. Dzięki temu nikt nie zauważył mojej przemiany.
– Uciekaj do pociągu. Nie odwracaj się – cedzę, starając się nie poruszać ustami. Ustami jego młodszej siostry, Lily.
Chłopak zerka przez ramię.
Z cienia wychodzi ogromny, barczysty mężczyzna. Jego szare, przerzedzone włosy przywodzą na myśl wilcze futro. Brudna twarz ma mocne rysy, szczękę tak silnie zarysowaną, że mimowolnie wyobrażam sobie, jak łatwo zgniótłby mi kości za jej pomocą. W jego niebieskich oczach, wąskich jak szparki, czai się cień czegoś, czego nie potrafię nazwać. Granatowa szata, którą ma na sobie, sprawia wrażenie przyciasnej. Kołnierz koszuli wystający spod niej zdobią szkarłatne krople krwi. Modlę się, aby nie była świeża.
– C-co to jest? – pyta James, nieświadomie zasłaniając mnie przed wilkołakiem.
Czyn odważny, ale zbędny. Bądź co bądź, chłopak jest w ciekawym położeniu – płonąca laska lub zbiegły wilkołak-morderca. Do wyboru, do koloru.
Wilkołak robi kolejny krok w naszym kierunku. Szczerzy się w przerażającej karykaturze uśmiechu – jego pożółkłe, wilcze kły wyglądają na ostre jak żyletki.
– TO ON! – Dziewczynka z pierwszej klasy wrzeszczy na całe gardło. Zaraz, to Tamara! Jest zaledwie kilka metrów ode mnie. – FENRIR GREYBACK!
Zmieniła pozycję. Szyk się załamał. Coś jest cholernie nie tak.

Alex! Odezwij się! Co się dzieje?!

Tłum czarodziejów wpada w panikę. Słychać wrzaski, dzieciaki i rodzice rozglądają się bezradnie po peronie, po chwili pędzą w kierunku wagonów, potykając się o bagaże i wpadając na siebie nawzajem. Nastrój wesołej, rodzinnej sielanki zniknął. W powietrzu unosi się duszący aromat grozy.
Nie mogę się odwrócić, ale słyszę odgłosy walki. Zaklęcia zderzają się w powietrzu, łączą się z wrzaskami, tworząc kakofonię dźwięków. Kilka w pełni cielesnych patronusów wypada z peronu. Wzywają Aurorów.
Dopiero teraz słyszę w głowie głos Blake’a.

Cath, do cholery! Co ty wyprawiasz? Nie gap się na niego, zabieraj Pottera i wiej! Mamy problem! Jest ich więcej! Mamy przewagę liczebną, ale niewielką! Ja…

Połączenie urywa się gwałtownie. Wywołuje ostry, krótki ból w skroni, ale nie mam czasu na zajmowanie się tym.
Łapię Jamesa za nadgarstek i szarpnięciem chowam za sobą. Napotykam mordercze spojrzenie Greybacka. Oblizuje kły, jego uśmiech robi się jeszcze szerszy, jeśli to w ogóle możliwe.
Nagle dociera to do mnie – wyglądam jak Lily. Mała, jedenastoletnia Lily Potter. Bezbronna, słaba Lily Potter. Cel idealny.
Zdaję sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy – nie damy rady uciec obydwoje. Jestem zbyt wolna, a jeśli wierzyć moim zmysłom i słowom Alexa, reszta jest zbyt daleko, żeby nas osłaniać. Wilkołak jest niewyobrażalnie szybki – dopadnie nas po zaledwie kilku krokach. Umknie tylko jedno. Greybackowi obojętne jest, które z dzieci Pottera uśmierci – ważne, żeby zadać mu bezpośredni cios. Szybko kalkuluję kto ma większe szansę ujść z życiem.
Po chwili podejmuję decyzję.
– Uciekaj, James! – przekrzykuję bitewny zgiełk i popycham chłopaka. Wyuczonym ruchem uwalniam sztylet z uprzęży, jednocześnie pochylam się po ten w bucie. Zrzucam szatę na podłogę. – On chce nas zabić!
W tym samym momencie Greyback znika za filarem.
Wszystko dzieje się w ciągu kilkunastu sekund.
Rzucam jednym z noży w wilkołaka, który wyłania się po drugiej stronie kolumny. Celuję w głowę, ale mężczyzna robi unik. Ostrze zagłębia się w jego ramieniu. Ranny wyje przeraźliwie, lecz nie cofa się. Bezceremonialnie wyrywa broń z rany i odrzuca za siebie.
Uwalniam ogień. Płomyki natychmiast pojawiają się w moich dłoniach. Pełzną na cienkie ostrze, obwijają się wokół niego. Przypominają ognistego węża, zabójczo skutecznego i niebezpiecznego. Pożerają rękawy koszuli, ale nie pozwalam im na więcej.
Kretyn nadal nie ruszył się z miejsca! Wolną, lewą rękę zaciskam na gołym nadgarstku Pottera. Będzie boleć.
– Co ty… – zaczyna, gdy płomienie przeskakują na jego skórę. Liżą ją swoimi piekielnie gorącymi językami. Krzywię się mimowolnie. Patrzę na niego ze skruchą i determinacją jednocześnie. – Ała! – wrzeszczy, odskakuje i – nareszcie – rzuca się do ucieczki.

Musi przeżyć. Jestem to winna Harry’emu.

Rozkazuje płomieniom na ciele chłopaka zgasnąć. Nasze spojrzenia krzyżują się i wiem, że mnie nie zapomni. Na jego prawym nadgarstku widnieje czerwona plama w kształcie moich palców. Magiczny ogień zostawia blizny na całe życie. Żadna magia lecznicza ich nie usunie.

Gdzie są Aurorzy, gdy są potrzebni!

– Zdradziecka krew Weasleyów zmieniła cię w mutanta? Czy to może szlam twojej babki? – słyszę ochrypły głos, przypominający szczekanie psa. Jest niepokojąco blisko. – Nic dziwnego. Weasley, zdrajczyni krwi… Nic nie warta kurwa mogła pieprzyć się choćby z salamandrą.
Trzask tuż za plecami. Teleportował się.
Pazury Greybacka wbijają się w mój bark. Ciemność czai się na krańcach pola widzenia. Czuję jego śmierdzący krwią oddech na prawym policzku. Wrzeszczę, na wpół oślepła z bólu, ognisty wąż przeskakuje z ostrza na napastnika. Obracam się do niego bokiem i kopię go w krocze. Niewystarczająco mocno. Próbuję dźgnąć go ostrzem, ale szpony w ranie skutecznie mnie dekoncentrują.
Przeklęty wilkołak stęka, ale nie puszcza. Szarpię mną, sztylet wypada z mojej dłoni. Śmierciożerca kopie broń, która ślizga się i ląduje daleko poza zasięgiem.
Expulso! – krzyczę.
Układam dłonie jedna na drugiej i uderzam wilkołaka w splot słoneczny. Jego pazury wyskakują z rany, opryskują krwią mój policzek. Próbuje mnie chwycić ponownie, ale siła zaklęcia to uniemożliwia. Odrzuca nas od siebie.
Ląduje w przysiadzie, w sporej odległości od napastnika. Mruczę pod nosem zaklęcie uzdrawiające, które choć w połowie uleczy ranę i zatamuje krwawienie.
Kolejny wrzask, ale tym razem nie mój. Wstaję, odgradzam Greybacka od siebie grubą linią stworzoną z ognia i patrzę w kierunku, z którego dochodzi. Korzystając z okazji wyciągam różdżkę. W pogotowiu zostawiam nóż w bucie.
To co widzę sprawia, że chwieję się na nogach.
Tamara prowadzi brutalny pojedynek z chudym mężczyzną. Jest wysoki, przeraźliwie chudy i nie wiedzieć czemu przywodzi mi na myśl modliszkę. Wyprowadza ataki nieco opieszale i nie jest wybredny; co drugie z jego zaklęć jest czarnomagiczne. Łowczyni porusza się i atakuje z zawrotną szybkością, co może zapewnić jej przewagę.
Uważniej przyglądam się przyjaciółce.
Jej lewy policzek zdobi stara, paskudna blizna, biegnąca od ucha aż do kącika ust. Przecina ją świeża, pionowa kreska, z której krew spływa cienkim strumieniem na jej mundurkową bluzkę.
Tamara przeszła przemianę. Jej paznokcie przekształciły się w szpony, zęby wydłużyły się i zaostrzyły. Zazwyczaj szare oko stało się bursztynowe, źrenica zajmuje prawie całą tęczówkę. Szczyt możliwości pół-wilkołaka. Tak blisko prawdziwej furii, tak blisko utraty panowania nad własnym ciałem…
Zaciskam prawą dłoń na różdżce i odwracam się przodem do wilkołaka.
– Ty mała suko! – warczy Greyback, podnosząc się z klęczek. ­Jego szpony są połamane, ale wiem, że i bez nich jest śmiertelnie groźny. I dużo silniejszy ode mnie. – Zasłużyłaś na karę. Wydaje mi się, że byłabyś świetnym wilkołakiem…
Śmierciożerca rzuca się do ataku, przeskakuje przez ognistą granicę. Ustawiam się w pozycji obronnej i macham różdżką:
­– Oribis!
Błyszczący promień mknie w kierunku przeciwnika, ale tamten z łatwością odskakuje. Zatrzymuje się w odległości kilku metrów, powstrzymany przez otaczający mnie krąg płomieni. Wyciąga różdżkę i wyczarowuje czarną spiralę światła, która po chwili leci prosto na mnie.
Odbijam ją szybko i posyłam w jego stronę serię szybkich zaklęć ogłuszających.
Wilkołak  robi unik,  jedno z nich trafia w ramię. Odrzuca go do tyłu, ale on natychmiast podnosi się i zaczyna bezgłośnie poruszać ustami. Wypowiada zaklęcie?
Patrzy na mnie intensywnie, a ja pierwszy raz od momentu spotkania go myślę o tym, co zrobił Tamarze. O tym, że zabił jej rodzinę, że omal jej nie przemienił, że przyjaciółka ma przez niego długie, szarpane blizny na ramionach i plecach…
Greyback wykonuje skomplikowany gest. Z jego broni unosi się granatowy obłok dymu. Chmura kręci się w miejscu, coraz szybciej i szybciej. Potem znika.

CO to było?

Rictusempra! – inkantuję i smagam różdżką. Osłaniając się zaklęciem tarczy, przetaczam się w bok pod gradem nowych klątw.
Gryzę wargę do krwi. Moje ramię pulsuje bólem, choć adrenalina i tak nieco go przyćmiewa. Staję na nogach, odskakuję przed Cruciatusem  i rzucam Drętwotę.
Coś oślizgłego, silnego i lodowato zimnego ściska moją nogę. Czar Greybacka wynurza się spod posadzki i przyszpila mnie do niej. Nie mogę poruszać dolnymi kończynami.
Crucio – powtarza z lubością Śmierciożerca. Wpatruje się we mnie, czeka na ból. Jest głodny ludzkiego cierpienia. Czerwona łuna przecina powietrze.
Jeśli klątwa mnie trafi, w najlepszym przypadku zrzucę kamuflaż, a on odkryje kim jestem i mnie zabije.
Wiem, że to bez sensu, ale ze wszystkich sił próbuję ruszyć się z miejsca. Strużka krwi leniwie spływa z rany na czole. Czerwony płyn z przegryzionej wargi brudzi mi brodę, część miesza się ze śliną. Smak posoki w ustach jest metaliczny i przyprawia mnie o mdłości. Szczęściem w nieszczęściu jest fakt, że nadal utrzymuję wygląd Lily Potter. Paraliż obejmuje już niemal wszystkie członki…
Mam wrażenie, że ktoś wylewa na mnie kubeł lodowatej wody. Czuję, jak coś popycha mnie, zmuszając do cofnięcia się. Robi mi się cholernie słabo. Widzę podwójnie, wszystko wokół pulsuje, chwieje się, ciemnieje a następnie jaśnieje.
Nagle cały świat stabilizuje się, wraca do normy. No, prawie.
Patrzę swoimi oczami, ale nie ja mrugam powiekami. Fraza „mieć duszę na ramieniu” nabiera nowego, innego znaczenia – chyba ktoś wypchnął  m o j ą  duszę z 
m o j e g o  ciała.
Niech krwawa ofiara ochroni jej żywot. Per nexum sanguinis – moje usta poruszają się, ale to nie ja wypowiadam te ciche słowa. ­– Bloodblons.
Nie wiem, co się dzieje. Nóż wylatuje z buta, nacina moje przedramię, po czym staje w płomieniach. Patrzę jak błyskawicznie stapia się, jego płynna forma brudzi posadzkę.
Moja ręka ściska ranę, szkarłatna ciecz plami skrawki zwęglonej, niegdyś białej koszuli.  Krew wzlatuje,  gromadzi się wokół mnie, miesza z iskrami zaklęcia. Tworzy czerwono-srebrną magiczną tarczę,  w którą wnika klątwa rzuca przez Śmierciożercę.
Osłona pęka, odłamki przypominające szkło sypią się we wszystkie strony. Niektóre trafiają we mnie, ale nie robią mi krzywdy. Nie chcę tego, ale chwytam jeden z nich w palce.
Mój wzrok kieruje się na miejsce, gdzie jak mi się wydaje powinna właśnie powstawać nowa rana. Zamiast tego dostrzegam szkarłatną kroplę na skórze, która wnika w nią, wywołując przyjemne mrowienie.
Ktokolwiek przejął nade mną kontrolę, jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął.
Oczy zachodzą mi mgłą.

Właściwie, co się przed chwilą stało? Ja… Odbiłam klątwę torturującą? Nie… Chyba… Odskoczyłam… Tak, odskoczyłam! To ma sens!

Ktoś zgniata moje ciało w mocnym, brutalnym uścisku. Otacza mnie smród potu, krwi i brudu. Wilkołacze piżmo jest przy tej woni tak przyjemne, że natychmiast za nim tęsknię.
– Bądź grzeczna, panno Potter – szepcze mi do ucha Fenrir Greyback. – Nie wiem, czego jeszcze nauczył cię ojciec, ale nie próbuj tego ze mną. Potem mi wytłumaczysz, co się przed chwilą stało. Ja i twoja koleżanka mamy pewne… niezałatwione sprawy. Twój tatuś jest mi coś winien, więc zabieram cię ze sobą.
Mam okazję rozejrzeć się po polu walki. Wstrzymuję i tak płytki oddech.
Tamara miota się w uścisku Faceta-Modliszki. Jego długie, skołtunione czarne włosy opadają na jej ramię, gdy tamten nachyla się nad nią. Śmierciożerca szepcze jej coś do ucha. Do gardła dziewczyny przyciska sztylet – poznaje go po miedzianej rękojeści z wyrzeźbionym liściem. Dostała go ode mnie. Modliszka mruga do mnie i dociska ostrze do krtani przyjaciółki. Tamara coś krzyczy, ale nic nie rozumiem.
Próbuję przyjrzeć się innym, ale mój wzrok traci ostrość. Kolorowe plamy skaczą po peronie. Wydaje mi się, że wygrywamy, ale nie mogę mieć pewności.
Czuję różdżkę Greybacka przyciśniętą do mojego podbródka. Krzyczę najgłośniej jak się da. Próbuję zwrócić uwagę Łowców. To nie może się  t a k  skończyć!
Chcę użyć mocy, ale ból jest tak silny, że uginają się pode mną kolana. Błagam, oby twarz Lily wytrzymała jeszcze chwilę. Adrenalina znika, czarne plamy tańczą pod powiekami.
– Pożegnaj się – mówi Greyback, odwracając mnie twarzą do wagonów.
Harry Potter patrzy na mnie z przerażeniem zza szyby. Uśmiecham się do niego, choć w tym uśmiechu nie ma nic radosnego. Specjalnie przygryzam doszczętnie rozwaloną wargę. Układam ustaw w słowo „Tamara”. Chcę, żeby wiedział, że ona potrzebuje pomocy. Jego dzieci są bezpieczne, stoją obok ojca. Zamykam oczy, pozwalam bólowi pozbawić mnie świadomości.
Wilkołak zanosi się szaleńczym, głośnym śmiechem. Teleportuje się wraz ze mną. Opadam w czarną pustkę zobojętnienia, modląc się o szybką śmierć.




– Nie – mamrocze ojciec, zaciskając dłonie w pięści. – NIE!
Uderza w szybę tak mocno, że tamta drży. Tylko magia utrzymuje ją w całości.
– Tato? – odzywam się niepewnie, dociskając gazę nasączoną eliksirem do świeżego poparzenia. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że stało się coś złego. – Kim ona jest? Znasz ją?
– James… Nie wolno ci mówić nikomu o tym, co przed chwilą widziałeś, słyszysz?! – Tata ma łzy w oczach, gdy na mnie spogląda. – Ginny, ja muszę tam…
– Harry, oni… uciekają… – przerywa matka, wskazując na pustoszejący peron. – T-tamte dziewczynki… co z nimi teraz…?
­– Nie mam pojęcia, Gin – odpowiada tata, nadal wpatrzony w miejsce, z którego zniknęły niska blondynka i dziewczyna-metamorfomag w towarzystwie Śmierciożerców. – Właśnie tego chciałem wam oszczędzić. Wojna… wojna to nie jest miejsce dla dzieci. Na wojnie… nie ma nic pięknego. Wszędzie… tylko śmierć i…
Pierwszy raz widzę go w takim stanie. Mój ojciec, bohater, ledwie powstrzymuje szloch. Nagle teleportuje się z trzaskiem zbyt głośnym w ciszy, która zapadła w przedziale. W pomieszczeniu pełnym ludzi można by usłyszeć szpilkę upadającą na podłogę.
– J., tutaj jesteś! – Freddie Weasley wpada przez drzwi jak strzała, przebijając się przez tłum złożony z członków naszej rodziny. Zauważa brak mojego taty. ­­– Co się stało?
Rozgląda się. Al przytula Lily, która chlipie wciśnięta głęboko w siedzenie. Mama otacza ich ramionami, szepcze coś uspokajająco do siostry. Wujek George przeklina pod nosem Aurorów, którzy nie pozwolili nikomu opuścić pociągu. Ciocia Hermiona zabrała Hugo do toalety. Widział, jak jeden ze zbiegłych Śmierciożerców traci palec. Rosie jest przerażająco cicha. Obejmuje kolana i wpatruje się w przestrzeń. Wujek Ron próbuje z nią porozmawiać, ale ona nie reaguje. Roxanne jest w przedziale obok, razem z wujek Percym, ciocią Audrey, Molly i Lucy. Lilka nawet nie poszła na swój pierwszy rok. Po tym, co się dzisiaj stało, może mieć traumę. Nie mówiąc o Hugo – myślę, robiąc się coraz bardziej wściekły. Nienawidzę bezsilności.
– J.?
– Tak, Freddie?
Kuzyn wskazuje na gazę i marszczy brwi.
– Co tam masz?
Unoszę delikatnie prowizoryczny opatrunek. Pokazuje poparzenie, jednocześnie zastanawiam się, czy mogę mu zdradzić sekret.
Rana na prawym nadgarstku wygląda okropnie – ma kształt przypominający trzy zaciśnięte palce: wskazujący, środkowy i serdeczny. Eliksir działa cuda, ale i tak wiem, że zostaną ze mną na dłużej. Podobnie jak wspomnienie dzisiejszego dnia.
– Ty tam ze smokiem walczyłeś, czy jak? – pyta Freddie, wytrzeszczając oczy.
Tamta dziewczyna… Jej ciemnozielone oczy zmieniające barwę, jakby ktoś rozpalił w nich ogień… Ta jej dziwna odwaga… Bała się – to było oczywiste. W końcu przed nami stał były Śmierciożerca. Pomimo tego wyglądała na bardziej wściekłą i zagubioną niż na przestraszoną.
– Ja… Jesteś moim najlepszym kumplem, wiesz? – zaczynam, choć nie bardzo wiem, co powiedzieć.
Fred parska śmiechem, który brzmi co najmniej nie na miejscu wśród panującej tu atmosfery.
– Chodźmy. Niedaleko stąd stoi wózek ze słodyczami…
Chłopak porusza sugestywnie brwiami, a ja domyślam się, że łakocie zostały bez opieki.
– Mamo, zaraz wracam! – rzucam i biegnę za Fredem.
Po chwili pochłaniamy czekoladowe żaby, oparci plecami o ścianę pustego przedziału.
– Mam wujka Rona – Fred podaje mi kartę. „Ron Weasley” – głosi podpis pod zdjęciem. Napis z tyłu znam niemal na pamięć.
– Ja mam Morganę le Fay. To już chyba moja trzecia – odpowiadam, przyglądając się kobiecie. 
Wygląda znajomo... Nie, to tylko złudzenie.
Morgana ukazana na karcie ma kręcone, ciemnobrązowe włosy. Wyglądają niemal na czarne. Jej pociągła twarz, z wyrazistymi kościami policzkowymi i głęboko osadzonymi oczami o złotych tęczówkach wygląda niepokojąco. Czarodziejka na karcie uśmiecha się do mnie tajemniczo, po czym zamienia się w kruka o złotych oczach i odlatuje gdzieś poza okienko karty.
– To o czym chciałeś ze mną pogadać? – pyta Freddie, szturchając mnie łokciem.
Wzdycham i przyciskam gazę nieco mocniej, niż potrzeba. Komuś chyba muszę powiedzieć, bo pęknę, a Fred jest w końcu moją rodziną.
– Wiesz… Co do tego poparzenia… – zaczynam, przypominając sobie wszystko jeszcze raz. Po tym, jak pokłóciłem się z Albusem i poszedłem sobie, wpadła na mnie taka jedna…


Wesołych świąt! 
To znowu ja. I zanim zdążycie to skomentować tak, mam kalendarz i, tak, wiem który dzisiaj jest. Mówiłam już, że nie jestem ogarnięta? Nie? To mówię. Ja i moja wena niezbyt dogadujemy się w kwestii współpracy, zupełnie jak ja i moim znajomi, którzy są w stanie przyjść, wyłączyć mi laptopa i rzucić: "Nie musisz dziękować. A teraz zbieraj się, idziesz z nami!". 
Także... rozdziały będą. Ja żyję, naprawdę, nie musicie sprawdzać nekrologów. Po prostu, regularność ich wrzucania zależy od planu lekcji, treningów i innych, niezależnych czynników, które zatruwają mój tydzień. "Chcesz odpocząć? Taaak? O, przykro mi. Masz jutro dwa testy i konkurs. I nie licz, że one napiszą się same."
Na pocieszenie mogę rzec, że rozdział 5 się piszę! A to cudeńko wyżej ma 14 stron w Wordzie! 


6 komentarzy:

  1. Jezu, Ty nawet jak piszesz komentarz albo info dla czytelników, to to jest tak zajebiste, że czytałabym godzinami! <3
    Co ja tu będę dużo mówić - w blogosferze obecnie jest jedna mistrzyni i Ty nią jesteś. Jak Merlina kocham, nie ma nikogo w fanfikach, kto pisałby lepiej. Znów zmiażdżyłaś rozwojem i tempem akcji, opisem uczuć, wszystkiego. Brak mi już słów, żeby Ci słodzić, piszesz doskonale do bólu <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, czasem mam wrażenie, że nie ma sensu tego pisać, bo to co ja tu ^ (patrz na Jamesa - boże, chłopak jest po przejściach, a znowu trafia na tą rudo-czarną pokrakę) odwalam, to rozsadza czaszki i zdrowy rozsądek - bo, nie oszukujmy się, biedna Cassie (to zdrobnienie jest tak przesłodzone, że nie chce przejść mi przez gardło/klawiaturę) jest podziurawiona jak ser szwajcarski i jeszcze wywłoka męczy umysły poczciwych obywateli!
      A potem widzę twój komentarz. Powinni je ugniatać, umaterialnić i pakować do antydepresantów.
      Także ten, jestem wdzięczna, że wspaniała welniewicz zachowuje się jak mój prywatny słodzik - nie przeszkadza ci to, prawda? *uśmiecha się słodko*
      Dziękuję i pozdrawiam!
      Storm ♥

      PS. Boże, moja odpowiedź jest dłuższa niż twój komentarz... Teraz mogę umrzeć :')

      Usuń
  2. Nie ma to jak skomentować po tak długim czasie.. xD
    No ale wiesz najlepiej jak to jest z czasem. :c
    No nie ważne! :D
    Ten dodatek był świetny! Zwłaszcza urzekł mnie ostatni fragment z perspektywy Jamesa, czy jak Cass trafi do Hogwartu to rozdziały będą też z jego perspektywy? Bo mega mis ię do podoba! :D
    No i czy on pozna że to ta dziewczyna która go uratowała i zostawiła mu bliznę na ręce? Chyba w koncu musi sie dowiedzieć, nie?
    A sama Cass... To co przeszła... O rany... I to malutka dziewczynka! Taka mała a tak dojrzała...
    Mam nadzieje, że jakoś ten komentarz zmotywuje Cię, do dodania nowego rozdziału! :D

    Pozdrawiam cieplutko! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z czasem jest tak, że zawsze jest go za mało. xD
      Cieszę się, że ten dodatek ci się podoba. ;) Gdy Cass trafi do Hogwartu to rozdziały będą z perspektyw wielu osób. Zastanawiam się jeszcze nad narracją, bo najlepiej pisze mi się w pierwszoosobowej w czasie teraźniejszym, a z drugiej strony, zmiana czasu w trakcie opowiadania to dość duży zgrzyt.
      Oj, w końcu musi się dowiedzieć. Nie jest idiotą. Ale pytanie brzmi - kiedy?
      Sama jesteś autorką, więc wiesz jak to jest z komentarzami - takie wirtualne ciasteczka xD Trzeba przeprowadzać czasem akcję dokarmiania autorów, bo biedni zdechną z głodu :')
      Dziękuję i również pozdrawiam,
      Strom <3

      Usuń
  3. Przez to przygryzanie wargi Cath kojarzy mi się z Anastazją z Greya xD pozdro 600, wspomnienie ekstra :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słodka Morgano, nie! Mam nadzieję, że Cath nie będzie się zachowywać jak Anastazja... Brr! Przez ciebie będę mieć koszmary!

      Usuń