sobota, 13 sierpnia 2016

Rozdział 5



Czy to nie ab­surdal­ne, że wspom­nienia o dob­rych cza­sach o wiele częściej dop­ro­wadzają do łez, niż wspom­nienia o tych złych?"
Walter Moers


Mam lekkie deja vu. Równie lekkie co rąbnięcie młotkiem w potylicę. Choć, znając moje szczęście, powinnam się była tego spodziewać.
Przemoczona od pasa w dół, z tyłkiem nadal w wodzie gapiłam się jak idiotka to na jednego, to na drugiego Pottera. Moje plany brutalnego morderstwa ustąpiły miejsca czystemu przerażeniu, odbierając zdolność mowy. Dlaczego oni? Czym ja ci zawiniłam, o Losie!? Przecież byłam bardzo grzeczna w tym roku! No, chociaż troszkę!... Odrobinkę?... Och, nieważne. Przynajmniej nikogo nie skrzywdziłam. Chyba.
Pojedyncza iskra mocy prześlizgnęła się w górę tułowia, wywołując gęsią skórkę. Na brodę Merlina, co znowu? Włosy mi płoną?
– Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? – Niższy z nich wyciągnął dłoń w moim kierunku, posyłając pełne pogardy spojrzenie bratu, który wpatrywał się we mnie z dziwnym błyskiem w oku. 
Zamrugałam kilkakrotnie szczerze zdumiona, zmarszczyłam brwi i zadygotałam z nie do końca wiadomych mi powodów. To przez zdziwienie, niedawną wściekłość czy fakt, że woda wypływająca ze strzały centaura nieprzyjemnie zraszała mi plecy? W sumie, to chyba jednak to, że robiłam za miss mokrego podkoszulka przed dwójką chłopaków... Szczelniej okryłam się bluzą.
Mimo wszystko złapałam wyciągniętą dłoń i dałam pociągnąć się w górę.
– Co to było? – szepnęłam po dłuższej chwili poruszania ustami jak ryba, wyżymając jednocześnie koszulkę z wody, która już zaczynała gromadzić się wokół mnie w postaci kałuży.
Zapadła nieprzyjemna cisza. Unikałam ich spojrzeń najdłużej, jak się dało, wpatrzona w swoje stopy. Nerwowo przygryzłam wargę, nawijając krwistoczerwony kosmyk włosów na palec.
Stop. Czerwony?!
Dyskretnie zerknęłam na resztę włosów. Szlag by to trafił! Kasztanowe kudły poprzetykane były tu i ówdzie szkarłatnymi pasemkami.
– Przepraszam, zagapiłem się – rzucił któryś z nich, ale nawet nie chciałam wiedzieć który. Wściekła, przeklinałam się za rozkojarzenie.

Uciekaj! Spieprzaj stamtąd, bo cię rozpozna! To się popisałaś! Cudowna koloryzacja, wróżę świetlaną przyszłość w branży fryzjerskiej!

Pokiwałam głową, udając nieśmiałą. Stali z przodu, więc miałam wolną drogę ucieczki w bok.
– N-nic się nie stało. J-ja już pójdę. Cześć... – odparłam prawie niesłyszalnie i pędem ruszyłam w lewo, jak najdalej od zagrożenia, jakie stanowiło dwóch nastolatków. 
Powiedzcie mi, że nie jestem żałosna.
Szłam dość szybko, grając zakłopotaną i łagodną jak baranek. Prąd, który przeszedł mi po plecach oznaczał, że barwa włosów wróciła do normy.
– Hej! Nie tak prędko! – zawołał znajomy głos. Czyjaś łapa złapała mnie za nadgarstek.
Tak się złożyło, że owa łapa prawie dotknęła bransoletki, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że jest ona bardzo, ale to bardzo gorąca. Jestem odporna na ogień i wysokie temperatury, ale on...
– Zgubiłeś coś. Zabierz swoją własność z mojego nadgarstka w tej chwili albo się z nią rozstaniesz – warknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w niewyparzony jęzor. I cały misterny plan ucieczki spłoszonego niewiniątka poszedł się pieprzyć.
Odwróciłam się w stronę chłopaka, wilgotne włosy opadały mi na twarz. Wyrwałam dłoń jednym szarpnięciem.
– Jest z ciebie niezłe ziółko, co, mała?
Jeszcze raz nazwiesz mnie małą, a wyprostuje ci jedynki, pomyślałam, podnosząc wzrok na debila, który mało co nie nabawił się poparzenia trzeciego stopnia. 
O Morgano. On chyba nie potrzebuje prostowania jedynek.
Chłopak był sporo ode mnie wyższy, ale z bliska już nie tak kościsty, jak wcześniej myślałam. Wyglądał całkiem nieźle… Z Łowcami nie wygra, ale…

Cath, ogarnij się. Syn Pottera, czaisz? Wybij to sobie z tej małej, pustej główeczki. Natychmiast.

Czerwona koszulka z lwem... chyba lwem Gryffindoru podkreślała jego orzechowe oczy w kształcie migdałów, które nadal dziwnie błyszczały. Błądził wzrokiem po mojej twarzy.

Szuka czegoś znajomego.

Swoją drogą, sprzedają koszulki z godłem Gryffindoru? Jakaś nowość. Kupię ojcu na urodziny. Kocha Gryfonów równie mocno, co wujek Draco tchórzofretki.
W rysach twarzy młodego Pottera widoczne było podobieństwo do ojca, choć trzeba by znać Harry'ego osobiście, żeby to dostrzec.
W sumie, przez prawie dwa lata nieźle urósł. I wydoroślał. No cóż, przynajmniej z wyglądu, bo po tym profesjonalnym przedstawieniu, jakie odegrali z bratem, mam prawo sądzić, że wewnątrz nadal jest dzieciakiem.
Miałam dziwne wrażenie, że mnie rozpoznał. Nie podobało mi się to. On oczywiście musiał potwierdzić moje obawy już na wstępie.
– Czy my się skądś nie znamy? – zapytał, pochylając się w moim kierunku i uśmiechając delikatnie. 

Nie zarumień się, nie zarumień się, nie zarumień się! Po cholerę ratowałam cię jak byłeś dzieciakiem, po jaką cholerę pytam?!

Mój zgryźliwy charakter postanowił opanować sytuację.
– Nie przypominam sobie, żeby ktoś wcześniej wrzucił mnie do fontanny, a następnie perfidnie obmacywał, jeśli o to ci chodzi – oparłam brodę na dłoni i zmarszczyłam brwi. Pokręciłam głową. – Prawdopodobnie straciłby obie ręce… albo i nawet łeb z kręgosłupem, ale to taka luźna sugestia – posłałam mu złośliwy uśmiech. Alex byłby dumny.
Młody panicz Potter jednak nie posiadł nawet śladowych ilości instynktu samozachowawczego, gdyż nadal stał w tym samym miejscu. No proszę. Skłonności samobójcze też są dziedziczne? A, nie, on ma je od dawna. Po prostu mu nie przeszło.
Wsadziłam ręce do kieszeni mokrych spodenek. Tak zapobiegawczo.
– Widocznie cię z kimś pomyliłem. Takich dziewczyn się nie zapomina – powiedział i puścił mi oczko. Tandeta. Przydałaby mu się lekcja tekstów na podryw. Następna laska, która nie będzie równie cierpliwa co ja, trzepnie go jakąś klątwą. Nieważne, jak bardzo przystojny by nie był. – Jestem James Potter.
Położył nacisk na nazwisku, jakbym miała znać go z powodu jego wielce heroicznych dokonań. Ktoś tu posiada syndrom sławnego tatusia. Szkoda, bo wydawał się całkiem normalny. No, dopóki nie otworzył ust.
– A ja to jego ukochany brat, Al. – Chłopak, który pomógł mi wstać, wyłonił się zza sylwetki Jamesa i z ironicznym uśmieszkiem ponownie wyciągnął do mnie rękę. Uścisnęłam ją niepewnie, spojrzawszy mu przelotnie w oczy. Zielone jak listki mięty, tak podobne i jednocześnie różne do tych, które widywałam od najmłodszych lat. Na nosie miał czarne, kwadratowe oprawki. – Widzę, że Jimbo zdążył zaprezentować się z najlepszej strony. Jak pewnie zauważyłaś, jego koordynacja ruchowa nie jest w zbyt dobr... Ała! Idioto!
Starszy z Potterów najwyraźniej nie lubił tego zdrobnienia, bo jego noga magicznym wręcz sposobem znalazła się na stopie brata. Al walnął go łokciem w żebra, przez co James cofnął się o krok, krzywiąc się bardziej ze złości niż z bólu.
Już nastawiłam się na uspokajanie tych kretynów, oni jednak obrzucili się tylko pogardliwymi spojrzeniami i jak gdyby nigdy nic wrócili do rozmowy.
Jak dzieci, pomyślałam i pokręciłam głową.
– Wy tak zawsze? – zapytałam, unosząc jedną brew.
– Prawie – odpowiedzieli niemalże chórem.
Starszy z braci trzymał pewnie w ręce spory kawałek mokrej, srebrnej tkaniny. Wydawało mi się, że widziałam kiedyś podobną, ale nie mogłam przypomnieć sobie gdzie.
– Twoje włosy często robią się czerwone? Tak, wiesz, pstryk! i gotowe – zapytał Al, przyglądając się sceptycznie mojej fryzurze.
Cudownie. Metamorfomagia zdecydowanie nie ułatwia życia.
– Czasami – odparłam i wzruszyłam ramionami, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. – Przepraszam, ale nie mam czasu. Żegnam państwa.
Naprawdę musiałam iść. Ciotka Astoria przerobi ich na sajgonki, jeśli zobaczy mnie w tym stanie i dowie się, że to oni do tego doprowadzili. Rozejrzałam się szybko i dostrzegłam tłum czarodziejów zmierzających w stronę kominków. Wystarczy odpowiednio rozegrać sytuacje i już mnie tu nie ma.
– Z jakiego jesteś domu? Nie kojarzę cię. Chodzisz w ogóle do Hogwartu? – Al  zmarszczył brwi, głęboko się zamyślając. – Ten twój akcent…
– Nie jestem stąd – uśmiechnęłam się krótko. Aż dziwne, że nie zwrócili na niego uwagi wcześniej.
Dyskretnie upewniłam się, że nadszedł odpowiedni moment. Błyskawicznie cofnęłam się, wnikając w tłum.
– To skąd?! – wrzasnął za mną James, który próbował przebić się przez zwartą grupę. – Powiedz chociaż, jak się nazywasz!
 Al – chyba w pełnym brzmieniu Albus, o ile dobrze pamiętam – powiedział coś do brata. Sądząc po minie tego starszego, coś złośliwego. Po chwili jednak dołączył do akcji „Napastujmy obcą laskę, będzie fajnie!”.
Zaśmiałam się pod nosem. Nie mogąc się powstrzymać, dygnęłam w iście królewski sposób, a następnie zwiałam dalej w tłum. Byłam pewna, że to widzieli. Skupiłam się na zmianie koloru włosów na blond, dla pewności, że mnie nie rozpoznają.
Ukryłam twarz za kurtyną jasnych kosmyków, odsłaniając tylko jedno oko i pozwoliłam, aby fala czarodziejów poniosła mnie z dala od braci.
Po chwili spojrzałam za siebie. Po raz ostatni ich sylwetki mignęły w tłumie, daleko za mną.
Uderzyło mnie podobieństwo Albusa do ojca. Wieczny rozgardiasz na głowie, kształt twarzy, kości policzkowe, zieleń tęczówek… Gdyby Harry był młodszy, miałby sobowtóra. Al. zaciekawił mnie nie mniej niż jego brat. Przeraźliwie arogancki James Potter wydawał się przyzwyczajony do powszechnego uwielbienia. Na samą myśl o tym skrzywiłam się z niesmakiem. Egoistyczny dupek. Chociaż… nie mam stuprocentowej pewności. Nie oceniajmy książki po okładce. Jeszcze.
Uśmiech znowu wkradł się na moje usta, gdy wspomniałam błysk w jego orzechowych oczach. Skądś wiedziałam, że to nie ostatni raz, gdy znikam bez pożegnania. Bo na pewno nie pierwszy.
Dla czarodziejów wokół mnie byłam jakby niewidzialna. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami, więc postanowiłam skorzystać z okazji. Zrzuciłam metamorfomagiczny kamuflaż i pstryknięciem palców usiłowałam osuszyć ubrania. Bezskutecznie.

Cholera. Co znowu?

Dziwne – nie czułam zimna ani gorąca. Niby przemoczona, ale łatwo było to zignorować.  Może to przez bransoletki. Jasper coś o tym wspominał, ale przysnęłam. Ech, jestem idiotką. Chociaż… mógł darować sobie czytanie po dwa razy każdego punktu instrukcji obsługi. I tak rozpracowałabym je bardzo szybko, a pytania, które chciałam mu zadać nie mogły czekać. A jeśli ta fantazyjna biżuteria blokuje całą magię, która "wychodzi" bezpośrednio z dłoni? "Wychodzi" – na Merlina, to brzmi tak źle. Gdyby moja różdżka nadal mnie słuchała…
Odwróciłam się by sprawdzić, gdzie zniknął wesoły pościg. Po krótkich poszukiwaniach zobaczyłam braci wchodzących do windy. Jeden problem z głowy, teraz tylko ciocia.
Przemierzyłam pół pomieszczenia, gdy wreszcie ją zobaczyłam.
Astoria Malfoy nie zmieniła się wiele od czasu świąt, gdy po raz ostatni ją widziałam. Ciemnobrązowe włosy, zebrane w misterny kok i wysokie szpilki dodawały jej kilka cali wzrostu, na który często narzekała. Piękna, choć prosta zielona szata współgrała z ciemną spódnicą i białą koszulą, na które została narzucona. W naszych czasach czarodzieje przyzwyczaili się już do mugolskiej mody i bezproblemowo ją naśladowali, a Astoria była tego podręcznikowym przykładem.
– Cassie! – krzyknęła Astoria i uśmiechnęła się, pokazując dołeczki w policzkach.
 Uwielbiam jej uśmiech – taki szczery, pełen optymizmu. Jej syn, Scorpius, z którym przyjaźniłam się w dzieciństwie, odziedziczył to po matce. Szkoda, że przez szkolenie mój kontakt z nim okazał się dość… urywany.
– Dziecko, jak ty wyglądasz! Co się stało?
Pojawiła się tuż przy mnie zastraszająco szybko. Ona też ma „super moce”, czy to tylko choroba genetyczna, zwana potocznie instynktem macierzyńskim?
– Hej, ciociu – powiedziałam, podchodząc do niej z grymasem, który nie mógł uchodzić za uśmiech nawet na karykaturze. – To nic,  wpadłam do fontanny. Zamyśliłam się i ktoś z tłum mnie popchnął. Swoją drogą, ten cały Voldemort naprawdę był taki szpetny? Ludzie mogliby uciekać przed nim tylko ze względu na nos, a raczej jego brak.
Ciocia Astoria zacmokała z niezadowoleniem. Wyjąwszy różdżkę z kieszeni szaty, smagnęła nią krótko. Moje ubrania natychmiast wyschły.
– Nie lubię gdy mnie zwodzisz, Cassie – westchnęła ciężko, chowając magiczny patyk. – A tym razem nawet się nie postarałaś.
Uśmiechnęłam się pod nosem, tym razem szczerze, i przytuliłam ją mocno. Musiałyśmy wyglądać zabawnie – niska, elegancka kobieta na szpilkach i rozczochrana, wyrośnięta nastolatka. Mogłam położyć brodę na czubku jej głowy.
– Nie mów na mnie „Cassie” – szepnęłam. – Znasz coś bardziej pasującego.
Ciotka uwolniła się z uścisku i mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
– Chodźmy, moja mała wojowniczko – błysnęła śnieżnobiałymi zębami i zmierzyła mnie wzrokiem. – No cóż, już nie taka mała. Gdzie masz bagaże?
– Dotrą osobno, ktoś z Łowców pstryknie palcami i będą na Avalonie.
Cath, a właściwie Cahan to imię z języka Celtów. W wolnym tłuczeniu oznacza bitwę lub wojowniczkę. Poza tym, brzmi jak skrót imienia mojej matki, a mała ja miała mamusię za chodzący autorytet. Po tym, jak pan Potter oznajmił mi, że zostałam przyjęta do Instytutu, zarządziłam bunt. Oczywiście, jako pięciolatka nie wpadłam na nic bardziej ambitnego niż niereagowanie na swoje imię. Wtedy Astoria wytrzasnęła skądś to, a mi spodobało się do tego stopnia, że przestałam używać prawdziwego. Nawet, jeśli czasem prowadzi to do poważnych nieporozumień.
Zaśmiałyśmy się serdecznie. Kochana Astoria, niecałe metr pięćdziesiąt chodzącej życzliwości. Takich jak ona zostało na świecie niewiele. Draco ma prawdziwe szczęście.
– Co tam u wujka? – zagadnęłam ją, gdy szłyśmy pod ramię w kierunku kolejki przy kominkach.
– Jak zwykle, siedzi po uszy w papierach. – Ciocia poklepała mnie po dłoni. –  Zresztą, podobnie do twojego ojca. Ich firma to nie tylko produkcja mioteł, dzisiaj na przykład Victor podpisuje jakąś umowę. Chodzi o projekt najnowszego modelu, współpracują ze spółką Stone’ów. Chciał cię przeprosić za to, że nie przyszedł – dodała ciszej.
Nieco zbita z tropu, posmutniałam. Ustawiłyśmy się w rządku, przed nami było niewielu czarodziejów, może pół tuzina. Pójdzie dość szybko, pomyślałam, gdy jeden z nich zniknął w płomieniach.
– Zdążyłam się już przyzwyczaić – uśmiechnęłam się krótko, sztucznie. Tak naprawdę za każdym razem bolało w ten sam sposób. Zaschło mi w ustach. – Jego nigdy nie ma – dodałam prawie bezgłośnie.
Ciotka ścisnęła moje ramię, pragnąc dodać mi otuchy. Niewiele mogła zrobić w tej sprawie. Wiele razy żałowałam, że to nie ona jest moją matką.
– No już – powiedziała, ciągnąc mnie za sobą. Przed nami zostały jeszcze trzy osoby. – Uszy do góry! Opowiadaj, co tam u ciebie! Jak szkoła?
– No cóż…
Standardowe pytanie, zaczynamy wywiad środowiskowy. Chyba nawet za tym tęskniłam.

Po pytaniu o chłopaka przestałam tęsknić.





Pierwszym, co wręcz uderzyło mnie po wejściu w szmaragdowe płomienie, była bliskość spotkania z rodzicami. Może to i absurdalne, ale byłam zestresowana. Dałabym dużo, żeby móc po prostu zwiać, ale nie pozwalała mi na to wrodzona duma. Szlag by ją trafił.
Szlajanie się po zapomnianych grobowcach? Nie ma sprawy. Kolejny szlaban w kuchni? Z chęcią. Kłótnie z całym światem? Chleb powszedni. Rozmowa z matką i ojcem? Może innym razem.
Oprócz standardowych dolegliwości, takich jak ból głowy i ucisk w żołądku, podróż odbyła się bez zbędnych przeszkód.
W pewnym momencie, którego nie uchwyciłam, pojawiłam się w kominku. Moim oczom ukazał się pokój. Ten sam, który tak często był tłem moich koszmarów.
Gabinet ojca wbrew pozorom nic się nie zmienił na przestrzeni lat, wydawał się tylko sporo mniejszy. Ten sam stary syf, równie ponury, tajemniczy klimat. Nawet zapach – starych książek i pergaminów – pozostał niezmienny.
Westchnęłam ciężko. Do głowy wdarły się skrawki wspomnień, o których chciałam zapomnieć. Wyszłam z kominka i bez chwili namysłu ruszyłam do biurka. Morgano, znowu tu jestem.
Nie wiedziałam gdzie podziać wzrok. Pogłaskałam zimną, metalową poręcz fotela.
– Tu stała nagroda szefa roku… A tam paprotka! ­– szeptałam pod nosem. Było tu za dużo zbędnych szczegółów, które koniecznie musiałam sprawdzić. Sentymentalność wygrała bitwę z rozsądkiem, dając mu solidnego kopa w tyłek.
Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. To było gorzkie wspomnienie, choć nie do końca potrafiłam określić, dlaczego.




– Tatusiu…?!
– Cassie, co się dzieje?! Dziecko! Twoje ręce…
– Moje rączki zlobiły bum.
Rodzice wymieniają przerażone spojrzenia. Dziewczynka siedzi z rękami wyciągniętymi przed siebie. Na opuszkach palców płoną płomyki, zmieniając kolory. Cassandra wybucha radosnym śmiechem, tak wesołym, jak tylko potrafi być śmiech trzylatki. Im głośniej się śmieje, tym więcej sypie się kolorowych iskier.
– Cerwony! Zielony! Lózowy!
Jej tata pstryka palcami. Silny podmuch wiatru, który pojawia się znikąd, zdmuchuje płomyki.
Czterolatka patrzy na niego naburmuszona.
– Co zlobiłeś, tatusiu? Tak jest fajnie! Ja chcę znowu! Chcę zlobić „bum”! A ty nie wiej!





– Cahan? Cath! Ziemia do panny le Fay!
Podskoczyłam w miejscu i błyskawicznie się ogarnęłam.
– Tak, ciociu? – zerknęłam przez ramię na drobną postać Astorii, która stała za mną z rękami splecionymi na piersiach.
Kobieta miała na twarzy idealną maskę, ale w jej oczach właśnie gasły iskierki nadziei.

Przepraszam, że nie jestem waszą małą dziewczynką. Przepraszam, że nie będę taka jak wcześniej.

Boli. Boli za każdym razem. Te ukradkowe spojrzenia, westchnięcia, przedmioty związane z przeszłością „przypadkowo” pozostawiane w zasięgu moje wzroku – to, co ma „pobudzić” moją osobowość, ich małą Cassie, z powrotem do życia. Uzdrowiciele powiedzieli jasno – zamknęłam się na wszystko, co związane jest z życiem przed incydentem na peronie, a już na pewno przed Instytutem. Takie drobiazgi tylko mnie ranią, więc czemu nie przestaną?!
Spokojnie, wdech i wydech. Policzyłam do dziesięciu. A potem do dwudziestu. Cholera, to nic nie daje!
– Chodźmy. Czekają na nas – niemal warknęłam, mijając biurko z obojętną miną.
Astoria wyprzedziła mnie i otworzyła drzwi.
Avalon Manor. Brzmi źle. To miejsce jest wręcz przesiąknięte złem, ale czego się spodziewać po zamku z taką przeszłości?  Dwór jest tak przesycony magią, że gdy kiedyś próbowałam wnieść tu telefon komórkowy, wybuch mi w rękach. I tym razem to nie ja go wysadziłam! 
Morgana le Fay w czasach swojej świetności opanowała wyspę i okoliczną wioskę.  Nie muszę chyba mówić, że to również w tym miejscu zginęła? Nie, nie muszę. Powiedzą o tym wszystkie podręczniki od Historii Magii. Odkąd Merlin pokonał tutaj Morganę, wyspa została tak skażona najgorszego rodzaju magią, że przebywanie na niej było równie niebezpieczne, co bliskie spotkanie trzeciego stopnia z rozwścieczoną chimerą. Dopiero prapradziadek Cadan odzyskał prawa do zamku, choć nie bez trudu. Rodzinne dziedzictwo,  mimo że tak cenne, było zdobyte za pomocą czarnej magii. Nikt nie powie tego głośno, ale wszyscy dobrze wiemy, czyja krew płynie w naszych żyłach. I bynajmniej nie jesteśmy postrzegani jako lepsi od naszej antenatki. Kiedyś, nazwisko le Fay nie otwierało drzwi. Sprawiało, że zamykały się z głośnym trzaskiem.
Co nie oznacza, że teraz żyjemy w ubóstwie. Wręcz przeciwnie. Kochany ojczulek ma jedną z najlepiej prosperujących firm miotlarskich w kraju, matka jest cenioną badaczką artefaktów i historyczką, ciotka Bellona zasiada na wysokim stanowisku w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a z kolei jej mąż, wuj Terence, jest jednym z reporterów Proroka Codziennego. Zdolni, wzorowi Ślizgoni – stworzeni, żeby osiągnąć sukces.
Chyba jestem adoptowana.
– Cassie… – zaczęła Astoria, zrównując ze mną krok.
– Cath – poprawiłam ją niemal odruchowo, szukając wzrokiem zmian w holu. Nic. Jak na złość wszystko wygląda identycznie. – Przepraszam, ale nie mam ochoty teraz rozmawiać.
Ściany korytarza ozdabiały magiczne portrety w pięknych, rzeźbionych ramach. Na jednym z nich, kiedyś moim ulubionym, namalowano piękną kobietę o jadowicie zielonych oczach i niemal białych lokach, opadających luźno na ramiona. Pod spodem przybito drewnianą tabliczkę z podpisem:

Eos le Fay, 8 marca 1946 r., jej 20-ste urodziny

Moja cioteczka prababcia, ćwierć-wila i najpiękniejsza istota, jaką kiedykolwiek widziałam.  Każdy element jej twarzy był idealny – prosty, lekko zadarty nos, pełne usta, duże oczy z rzęsami niczym firanki, olśniewający uśmiech, brak piegów…
Już się domyślacie? Nie odziedziczyłam po niej zupełnie nic, może oprócz oczu, których kolor jest w rodzinie bardzo charakterystyczny i niemal zawsze dziedziczny. Żadna ze mnie piękność, pomimo niewielkiej ilości krwi wili w całej tej zwariowanej mieszance. Zawdzięczam jej tylko kilka centymetrów wzrostu więcej. Jestem wilą w… jednej trzydziestej drugiej? Merlinie, nawet nie wiem, czy chcę wiedzieć! Brakuje jeszcze, żeby odezwały się we mnie te korzenie.
Na samą myśl wzdrygnęłam się.
– Witaj – odezwała się Eos. Jej głos był jak ciepła melasa – aksamitny i słodki. – Wydaje mi się, że gdzieś cię już widziałam, mam rację? Ja… Kim dla ciebie jestem?
Mimowolnie uśmiechnęłam się i przystanęłam przed ramą.
– Jestem Cat… Cassandra – szybko się poprawiłam. – Jestem twoją… prawdopodobnie cioteczną prawnuczką, ale nie mogę być niczego pewna. To moja matka siedzi w drzewach genealogicznych.
Kobieta z portretu zaśmiała się cicho.
– Nasza rodzina zawsze lubiła nadawać dzieciom imiona związane z mitologią, wiesz? – zapytała, wlepiając we mnie swoje idealne oczy. Im dłużej w nie spoglądałam, tym bardziej nieswojo się czułam – jakbym patrzyła w nieco krzywe zwierciadło. – Choć mogli wybrać dla ciebie coś bardziej optymistycznego, nie uważasz?
– Taaak – odpowiedziałam nieco zirytowana, choć w stu procentach podzielałam jej zdanie. – Na przykład Eris. Bardziej by pasowało.
Eos przekrzywiła lekko idealną głowę. Teraz, gdy marszczyła swoje perfekcyjne, blade czoło bardziej przypominała mnie.
– Przepraszam – rzuciła szybko, na jej twarzy malowało się zakłopotanie. – To zabrzmiało niegrzecznie. Naprawdę przepraszam. Cassandra  to piękne imię, choć z jego właścicielką los nie obszedł się najłaskawiej.
Zamrugałam kilkakrotnie. Jeśli miałam coś wspólnego z mitologiczną Cassandrą, to był to pech. Dużo pecha i niepotrzebnych mocy.
– Cóż, może z trojańską księżniczką łączy mnie więcej, niż zdołałabym sobie wyobrazić – odpowiedziałam, ostrożnie dobierając słowa. – Wybacz, ale musimy już iść.
Zerknęłam przelotnie na Astorię. Stała i uważnie przysłuchiwała się naszej rozmowie. Kiwnęła głową. Musiałyśmy się sprężyć, rodzice pewnie już wzywają ekipę poszukiwawczą.
– Do zobaczenia, Cassandro, moja cioteczna prawnuczko – pożegnała się Eos, znikając poza ramą portretu. – Życzę ci więcej szczęścia, niż miała twoja imienniczka.
– Do zobaczenia – powtórzyłam nieco nieprzytomnie, zatapiając się ponownie we własnych myślach. Być może gdybym żyła w innych czasach, byłabym w stanie zaprzyjaźnić się z idealną panienką le Fay.
Może matka wie o niej coś więcej?
Nie, stój. Zły pomysł. Matki nie pytamy.
– Cathy, kochanie, nie chcę nic sugerować, ale jeśli się nie pośpieszymy, to zaczną bez nas.
– Mhm-mmm – mruknęłam, zbywając ją machnięciem dłoni i skręciłam w lewo.
– Nie te drzwi.
– A! No tak!





Prędko przemknęłyśmy przez posiadłość, której budowa nie była zbyt skomplikowana. Mimo, że nie posiadał spektakularnych rozmiarów ­­– z tego co pamiętam z dzieciństwa – zamek robił wrażenie na gościach.
– Szybko, szybko – szeptała do siebie Astoria, stukając wysokimi obcasami. Podziwiałam jej zmysł równowagi. Zabiłabym się, chodząc w tych butach.
– Gdzie ci się tak śpieszy? – rzuciłam leniwie, starając się odłożyć w czasie rozmowę  z rodzicami. – Jak kochają, to poczekają. Jeśli nie, ich problem. Ja płakać nie będę.
– Cassandro, daruj sobie.
– Skąd ten oficjalny ton? – odpowiedziałam kąśliwie. – Nie jesteś w Ministerstwie.
– Cahan!
– Dobra, dobra, już nic nie mówię.
Astoria westchnęła ciężko, kładąc wypielęgnowaną  dłoń na drzwiach do sali wejściowej.
– Staram się po prostu nie spóźniać jeszcze bardziej, niż już jesteśmy – powiedziała, nie patrząc na mnie.
Posłałam jej sceptyczne spojrzenie i popchnęłam jedno skrzydło portalu. Nie wierzyłam jej ani trochę, ale nie chciałam się kłócić. Prędzej czy później dowiem się, o co chodzi. Bo musi o coś chodzić, skoro pędzi na spotkanie biznesowe mojego ojca.
Sala wejściowa była prawie całkowicie zajęta przez schody prowadzące na wyższe piętra. Nie jestem pewna, czy umieszczenie ich tutaj nie było konieczne po zawaleniu się którejś z starych wież.
Avalon Manor na przestrzeni setek lat zmniejszył się kilkakrotnie. Posiadłość w obecnym stanie mogła uchodzić w czasach świetności za marną imitację dworku podrzędnego szlachcica, nie zaś rezydencję książęcą.
Nie, żeby było na co narzekać.
Astoria zerknęła na zegarek i nerwowo przełknęła ślinę.
– Słowo daję, przejmujesz się tym wszystkim bardziej niż ja ­– westchnęłam, marszcząc brwi – choć to nie ty staniesz przed przewspaniałym trybunałem rodziny le Fay’ów, znanym powszechniej jako loża szyderców.
– Kiedy zrobiłaś się taka wygadana? – rzuciła z przekąsem moja chrzestna, po czym totalnie mnie ignorując wkroczyła do sali balowej.
Kryształowy żyrandol dumnie wisiał pod wysokim sklepieniem pomieszczenia, które na dobrą sprawę można by było podzielić na dwie części – położony niżej parkiet, do którego prowadziły osobne schody, wyjęte niby z baśni oraz otaczającą go balustradę.
Co najzabawniejsze, sala balowa nadal pełniła swoją funkcję. O ile nikt nie wyobrażał sobie urządzać tutaj bali z prawdziwego zdarzenia, faktem pozostawało to, że posiadanie takiego pomieszczenia pozwalało na zdobywanie prestiżu przez wyprawianie wystawnych bankietów. Bankiety to prestiż, prestiż to reputacja, a jak powszechnie wiadomo, dobra reputacja wpływa na portfele inwestorów i nawiązywanie owocnych współpracy. Szczególnie po kilku… albo kilkunastu kieliszkach drogiego wina w doborowym towarzystwie, gdzie nazwiska magicznie zmieniały swe znaczenia.
A tak się pięknie składało, że mój tatulo był, jest i będzie mistrzem wykorzystywania wydawałoby się niezależnych czynników i przypadkowych sytuacji.
Prościej mówiąc – jest manipulatorem i to cholernie dobrym.
Miałam wątpliwą przyjemność uczestniczenia w jednym z tych przyjęć. Większości dziewczyn – ja nie jestem wyjątkiem – podobają się takie klimaty. Piękne, bogato zdobione, długie do ziemi suknie, coś o czym marzy większość małych dziewczynek, a i te starsze nie pogardzą okazją do założenia ich. Jednak „śmietanka towarzyska” czarodziejskiego świata ma nieprzyjemny zwyczaj urządzania konkursu, jak się mogło zdawać, „na najdziwniejszą i przyprawiającą o mdłości kreację”. Można sobie tylko wyobrazić, jak w tłumie przewijały się tony piór, cekinów, koronek, futra i całej reszty badziewia. Wtedy najlepiej jest zwiać w najciemniejszy kąt sali z kieliszkiem szampana dla dzieci – miałam jedenaście lat i to były jedyne wakacje, jakie u nich spędziłam.
Moja mamusia, uczestnicząca aktywnie w tym zbiegowisku, najwyraźniej była jurorem i to tym głównym, bo jej cięty język siekał biedne uczestniczki tak okrutnie, że dziwię się, że nie doszło tam do morderstwa albo chociaż trwałego okaleczenia. Potem, gdy nie zostawiła na tamtych damach jednego nieobgadanego cekina za dużo, postanowiła zająć się mną i moją przyszłością.
Tą matrymonialną w szczególności. Swatka się znalazła.
Próbowała przedstawić mnie każdemu snobistycznemu bachorowi z osobna, podczas gdy ich sztucznie uśmiechnięte buźki z oceniającymi spojrzeniami prześlizgiwały się po mnie jak oślizgłe węże. Tamto wspomnienie wywołuje u mnie odrazę i chęć zanurzenia się po czubek głowy w wannie z wrzątkiem.
Moja cierpliwość skończyła się, gdy jegomość w wieku lat szesnastu był bardziej zainteresowany szukaniem czegoś w okolicy mojej klatki piersiowej, niż mną jako osobą.
Przypadkiem wbiłam mu niski obcas w stopę, obróciłam się na pięcie i wyszłam z przyjęcia. Podczas gdy moi rodzice brylowali towarzysko, ja siedziałam w pięknej sukience na opuszczonej plaży i szukałam znanych mi gwiazdozbiorów.
To by było na tyle jeśli chodzi o miłe wspomnienia „ z dzieciństwa”.
Poczłapałam za Astorią z miną męczennika, wpatrując się w swoje zniszczone trampki. Gumowe podeszwy popiskiwały na marmurowej posadzce, mówiąc dosłownie: „Nie pasujemy tu.”

Nie, nigdy nie pasowaliśmy.

Jeśli kiedykolwiek zastanawiałam się, jak zostanę powitana w „domu”, spodziewałam się wielu rzeczy. Gdy jeszcze żyła babcia Isabel, myślałam, że zamieszkam z nimi i będę pojawiać się w ich mieszkaniu tylko, gdy wrócę z misji albo coś w tym guście. Jednak w lutym zeszłego roku babcia umarła, dziadek Gordon przeprowadził się na Avalon i sprzedał mieszkanie niedaleko Pokątnej i cały misterny plan poszedł w las. Drugi dziadek, Odyseusz – tak, podobne imiona to tradycja – jest powszechnie uznawany za zmarłego, po tym, jak podczas wojny porwali go Śmierciożercy. Odmówił dołączenia do nich i pstryk! – nie ma go. Babcia Fiona, matka mojego ojca, od zawsze mieszkała w zamku, więc i tu drzwi do wolności pozostają zamknięte. Ze względu na wiek nie mogę jeszcze zająć się szkoleniem w Instytucie, więc jestem skazana na mieszkanie z le Fay’ami.
Astoria wspominała coś o „czekaniu w jadalni”. Przed samymi jej drzwiami dopadł mnie paniczny strach, zaczęłam się trząść i szczękać zębami. Kochane bransoletki zamigały ostrzegawczo na niebiesko, zaciskając się na przegubach i powodując ból, w tym wypadku przywracający mnie do rzeczywistości.

Hej! Przecież cię nie poćwiartują!

Wyślą do Hogwartu, na żer nastolatkom w moim wieku! Wolę ćwiartowanie!

Ogarnij dupę, le Fay! Mumii się nie bałaś!

Bałam! Ale byłam z całą bandą Aurorów, gotowych mi pomóc!

Wewnętrzną bitwę le Fay vs. le Fay przerwała ciotka, która bezceremonialnie otworzyła drzwi i wepchnęła mnie do środka, żeby z gracją wkroczyć za mną.
Potknęłam się o własne nogi i o mało co nie wyrżnęłam o podłogę tuż przed butami…
No właśnie, czyje to były buty?
Powoli uniosłam głowę i natknęłam się na kilkanaście par oczu. Te najbliżej mnie należały do mężczyzny, były jadowicie zielone, prawie szmaragdowe. Pod lewym okiem miał bliznę po wypadku na pierwszej wyprodukowanej przez siebie miotle, którą uparł się testować.
– Witaj, Cassando.
Przełknęłam nerwowo ślinę i gwałtownie się wyprostowałam. Tu jest tak gorąco, czy to tylko ja? Już się palę?
– D-dzień do-dobry, ojcze.


9 komentarzy:

  1. " Możliwe, że nie bransoletki blokowały tylko ognia, ale ogólnie moce, które „wychodziły” z dłoni." czy tylko mi coś tu nie gra? ;)
    Oczywiście muszę to napisać PIERWSZA!
    Hue Hue. Poza tym jak obiecałam tak przeczytałam. Zajęło mi to jakieś 2h bo zaczęłam od pierwszego rozdziału :D
    Moim skromnym zdaniem jest dobrze, świetnie, a nawet bardzo świetnie. Nie przepadam na HP ani niczym co jest z nim związane więc masz wielkiego plusa gdyż tu widzę to nowe pokolenie. Jedyne co boli to nazwisko Potter ;3

    Bardzo spodobał mi się opis małej Cassandry, ale ja uwielbiam małe dzieci więc wiesz :D

    Oczywiście jak czytać to wszystko, także komentarze i powiem szczerze, zgadzam się ze wszystkimi co napisali że masz talent i Cię w tym utwierdzają. Masz świetny styl i pomimo tego że jest to HP bardzo dobrze mi się to czyta.

    Jako, że uwielbiam ogień to wiedz że uwielbiam wybuchy Cath i nie rozumiem dlaczego tak perfidna ją tego pozbawiłaś.
    Gorąco pozdrawiam twoja Inferno 🔥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej!
      Dzięki za poświęcony czas ;) Nazwisko Potter niestety nie zniknie, bo jest potrzebne xD
      Aż mi się lekko na sercu zrobiło xD A co do wszelkich literówek - nie jestem w stanie wyłapać wszystkich, gdy rozdział ma ponad 4 tysiące słów w Wordzie :/ Dlatego po raz kolejny dzięki, tym razem za pokazanie mi ich ;)

      Wybuchy Cath są... wybuchowe.(?!) Myślę, że Ministerstwo woli nie mieć w Hogwarcie chodzącej bomby zegarowej.

      Mała Cassie była słodka. Trochę jej przeszło, ale tylko trochę (do czego w życiu się nie przyzna, ale ciiii...)

      Serdecznie pozdrawiam
      Storm ♥

      Usuń
    2. Czy ty nie sypiasz? O.o i poprawka, jednak 3h (myślałam że wspomnienie będzie krótsze xD

      Usuń
    3. Ee... nie. Nie sypiam. Od jakichś... 3 dni(?) spałam 8 godzin.

      Usuń
  2. Strasznie mi się podoba :) Czekam na kolejny rozdział i nie mogę się doczekać aż Cath zawita w Hogwarcie i do jakiego domu trafi. Mam nadzieję że to iż wszyscy w jej rodzinie trafiali do domu węża nie oznacza że i ona tam trafi. Liczę że jednak okaże się Gryffonką. Jestem ciekawa czy James przypomnij sobie skąd kojarzy Cath i czy będzie z tego jakaś afera. Swoją drogą skąd pomysł na zdrobnienie Jimbo? :D nie mogę doczekać się kolejnej notki. życzę dużo weny i czasu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kolejnym rozdziale postaram się opisać też kilka rzeczy związanych z jej rodziną, potem mała niespodzianka i Hogwart ;)
      Jimbo to zdrobnienie od James. Taka trochę ewolucja: James-Jamie-Jim-Jimbo. A Jamesowi Jimbo źle się kojarzy, więc :')
      Serdecznie dziękuję, że ktoś tu jeszcze zagląda ;) Notkę planuje dodać w ten weekend.

      Usuń
  3. Zakochałam się w tym opowiadaniu. Dawno już tak nie miałam okazji przeczytać tak ciekawego opowiadania. Co do błędów sama je popełniam. Mam nadzieje że przy kolejnym rozdziale zostanę poinformowana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękuję ;) Chyba będę musiała stworzyć zakładkę, gdzie będziecie zostawiać mi linki do miejsc, gdzie będę mogła was informować o najnowszych rozdziałach.

      Usuń
  4. Strasznie mi się podoba :) Czekam na kolejny rozdział i nie mogę się doczekać aż Cath zawita w Hogwarcie i do jakiego domu trafi. Mam nadzieję że to iż wszyscy w jej rodzinie trafiali do domu węża nie oznacza że i ona tam trafi. Liczę że jednak okaże się Gryffonką. Jestem ciekawa czy James przypomnij sobie skąd kojarzy Cath i czy będzie z tego jakaś afera. Swoją drogą skąd pomysł na zdrobnienie Jimbo? :D nie mogę doczekać się kolejnej notki. życzę dużo weny i czasu!

    OdpowiedzUsuń