poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 6

Cześć!
Pewnie nikt z Was nie spodziewał się mnie tak szybko, co? ;) "Przeczytam rozdział za pół roku, bo może wtedy wstawi następny". Ale tym razem Wasza Storm, która ma serdecznie dosyć tych przerw na blogu stwierdza, że trzeba ruszyć swoje szlachetne cztery litery i zająć się czymś, co było postanowieniem noworocznym i (!) nadal funkcjonuje!
Co do samego rozdziału – ja wiem, że przy nim brazylijska telenowela jest krótka, ale szkoda mi było dzielić go na pół, bo były wtedy nudny jak flaki z olejem. Przepraszam za wszelkie przekleństwa, ale Abi ma cięty język i bogate słownictwo podwórkowe... 
Miłego czytania! ♥
Ps. Zastanawiam się nad pisaniem w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, więc zapytam was tutaj – zgadacie się na to? Powiedzmy,  od rozdziału, w którym Cassandra pójdzie do Hogwartu?
Ps. 2 Stworzyłam zakładkę, w której możecie zostawiać linki do swoich blogów, gdzie będę was informować o najnowszych wpisach :) *klik*





Za­pom­nieć. Ta­kie pros­te słowo. Gdy­by część jej mózgu pot­ra­fiła od tak, po pros­tu wy­mazać in­formację bez śla­du. Tak jak za­pom­niała o dro­biaz­gach: wysłaniu życzeń, od­da­niu książki do bib­liote­ki, ku­pieniu pas­ty do zębów pod­czas za­kupów w su­per­marke­cie. Z wiel­ki­mi wy­darze­niami nie jest już jed­nak tak łat­wo. Wy­ryły się w pa­mięci na zaw­sze. Żyją w tkan­kach mózgu, pod skórą, we krwi. Zwi­nięte w kłębek, drze­mią w nieświado­mości, do cza­su, aż coś je zbudzi. Ni stąd ni zowąd wspom­nienia ożywają, wy­pełniając głowę ob­ra­zami przeszłości."





Jeśli ktoś z was ma pomysł, co mądrego można powiedzieć, gdy stoi się przed całą najbliższą rodziną, to niech mi to jakoś mentalnie przekaże. Teraz, natychmiast, proszę!
W  jadani, przy długim stole siedziało siedem osób: moja matka, ciotka Bellona, wujek Terence, babcia Fiona, dziadek Gordon, wujek Dracon i najukochańsza kuzyneczka Celine – chodzące zło. Czyli myśląc o kilkunastu parach oczu przesadziłam.
Chociaż, ciotkę Bellonę można liczyć kilkukrotnie. Założę się, że z tyłu głowy ma co najmniej trzy dodatkowe.
Jako, że nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy, zmarszczyłam brwi i rzuciłam do ojca:
– Miło cię wreszcie widzieć – wypaliłam bez namysłu. Przestawałam się powoli bać ich wszystkich. Byłam za to coraz bardziej wściekła. – Zestarzałeś się.
Ktoś przy stole nieudolnie stłumił śmiech poprzez kaszlnięcie. Astoria, która usiadła na krześle obok swojego męża, trzepnęła go w ramię, robiąc groźną minę. Wujek Draco wyprostował się i przybrał maskę profesjonalnego biznesmena.
– A ty nawet odrobinę nie wydoroślałaś – odparował ojciec, wpatrując się we mnie bez mrugnięcia okiem. – I zmień się z powrotem w… siebie, mamy zamiar z tobą poważnie porozmawiać.
Po czym odwrócił się i usiadł u szczytu stołu. Jak gdyby nigdy nic.
Wypuściłam powietrze ze świstem.

Odpowiedzialny tatuś się znalazł! Chyba dopadła go demencja starcza!

– Dla twojej wiadomości, wasza wysokość, to teraz jestem j a.
Ojciec już miał mi odpowiedzieć, kiedy czyjeś krzesło odsunęło się gwałtownie od stołu.
– Spokojnie!
Catharina le Fay, najcudowniejsza mateczka na świecie, musiała zabłysnąć i postanowiła powstrzymać zalążek kłótni. Posłała nam groźne spojrzenia, którymi kiedyś uciszała mnie, gdy przeszkadzałam jej w badaniach.
Odpowiedziałam jej wzrokiem bazyliszka i skierowałam się w stronę stołu.
– Nie, Cassie – powiedziała moja matka. Jej ton sugerował teraz, że przemawia do niemądrego zwierzaczka. – Tu będziesz stać, dobrze? Wolimy mieć…
–… mnie na widoku, co? Dobrze, niech wam będzie. Tylko nie nazywaj mnie „Cassie”
Odsunęłam sobie krzesło od stołu i przeniosłam przed drzwi. Usiadłam na nim, założyłam nogę na nogę, splotłam ręce na piersi. Starałam się wyglądać jak najbardziej prowokująco. Mściwa satysfakcja z ich zdenerwowanych min – bezcenna.
­– Witam was serdecznie, rodzinko – prychnęłam na tyle głośno, żeby wszyscy usłyszeli. – Babciu, dziadku, wujku Draco – tu kiwnęłam głową z szacunkiem. – Ciociu, wujku Terence, ciebie też, Celine – wymieniłyśmy pogardliwe uśmieszki. Gardziłyśmy sobą wzajemnie, ale jak przystało na rodzinę, na obrazkach wyglądałyśmy razem pięknie. – Co was tu sprawdza? W tym pięknym dniu, gdy…
– Koniec przedstawienia, kochanie – powiedział dziadek, karcąco kręcąc głową. Westchnął i z pomocą laski, wstał. – Jako, że wszyscy jesteśmy świadomi tego, że twoje relacje z rodzicami są dość… specyficzne – przerwałam mu parsknięciem głośnego, szyderczego śmiechu, lecz zaraz umilkłam pod ciężarem jego spojrzenia. – Tak, Cassandro, specyficzne, postanowiliśmy ich wspomóc w tej trudnej rozmowie.
Na dźwięk swojego pełnego imienia skrzywiłam się. Słyszę je dzisiaj zbyt często.
– Poczekaj, niech zgadnę. Zostałam adoptowana?! – zaśmiałam się jeszcze głośniej, choć w środku we mnie wrzało. – Jestem w połowie salamandrą?! A może…
– DOŚĆ.
No cóż, dziadek miał to do siebie, że nikt mu się nie sprzeciwiał. Z  p e w n y c h powodów.
Skrzywiłam się, ale nie miałam zamiaru zamilknąć. Nieważne, że on zasługiwał na szacunek, nieważne, że już gryzło mnie sumienie.
– Nie, nie „dość”!!! – wrzasnęłam. – Nareszcie ktokolwiek mnie słucha! Chyba, że teraz też macie zamiar uciszyć mnie i oddać, nie, pożyczyć komuś na dziesięć lat?!
Ktoś wyjął różdżkę i coś krzyknął. Odruchowo chciałam odpowiedzieć zaklęciem tarczy, ale zapomniałam o bransoletkach.
Błysnęły lekko, zaciskając się jak imadła. W międzyczasie oberwałam zaklęciem. Zabolało. Jak cholera.
Zgięłam się w pół, wciskając świecące na niebiesko bransoletki w brzuch. Pisnęłabym z bólu, tyle, że nie mogłam.
Ktoś mnie wyciszył. Cudownie.
– Victorze, sądzę, że na za dużo jej pozwalasz. – Bellona wstała od stołu i podeszła do mnie, spoglądając z jeszcze większa pogardą niż jej córeczka. – Jest rozpuszczona i zachowuje się jak zwierzę. Doprawdy, dziwię się, że nie wywalili jej z tej szkoły na zbity pysk.
Cioteczka była średniego wzrostu, o sylwetce zaokrąglonej po ciąży. Wszystko było w niej ostre – rysy twarzy, spojrzenie, charakter, nawet sposób mówienia. Zastanawiam się czasem, jakim cudem Celine jest taka rozwydrzona, skoro jej matka powinna zostać wysłana na wojnę wyposażona jedynie w megafon, jeśli sam morderczy wzrok nie wystarczy.
Bardzo krótko ścięte, kruczoczarne włosy przypominały nieco gniazdo os. Bellona nie odziedziczyła charakterystycznych, szmaragdowych oczu le Fay’ów. Jej były niebiesko-szare, przywodzące na myśl morze w trakcie sztormu. Zachowywała się jak pies gończy i zawsze uważała się za autorytet w każdej dziedzinie. Ze względu na to, że była starsza o jedenaście miesięcy od ojca, powinna przejąć pieczę nad rodzinnym majątkiem i zamkiem. Jednak to mój ojciec zarządzał wszystkim, o co była cholernie zazdrosna. Również dlatego z takim entuzjazmem przyglądała się porażkom wychowawczym moich rodziców – w grę wchodziła zawiść. W tym domu zawiść była towarem eksportowym, sprzedawanym w tonach.
– Bellono, przestań, proszę. Już o tym rozmawialiście, prawda? – wtrącił się wujek Draco, który jako jedyny zainteresował się tym, że prawie zjechałam z krzesła na podłogę, ciężko dysząc. – Cassandro, dobrze się czujesz? Co ona ma na rękach, Toria? 
Astoria momentalnie pojawiła się przy mnie z zamiarem pomocy, lecz gdy tylko dotknęła mojej skóry na przedramieniu, odskoczyła z wrzaskiem.
– Merlinie! – zawołała, chuchając na poparzone dłonie. – Jej skóra… co się dzieje? Jakbym włożyła rękę do kominka!
Przygryzłam wargę i starałam się uspokoić. Ból bardzo powoli ustępował, ale za to przy stole zapanowało wzburzenie.
– Co to ma znaczyć?! – krzyczała oburzona Bellona, zabijając wzrokiem mojego ojca, jakby to on był źródłem wszystkich problemów. – Ona jest niebezpieczna! Powinni ją zamknąć! Dlaczego ją wypuścili?!

Zbolało. Bardzo, bardzo zabolało.

Uspokójmy się i policzmy do dziesięciu. Raz.
– Jest niebezpieczna tylko dla siebie! – odpowiedział Victor, uderzając dłonią w stół. – Przechodziłem przez podobną sytuację i dobrze wiem, do czego jest zdolna!
Dwa. Trzy.
– Doprawdy?! – parsknęła gniewnie ciotka. – Dlatego oddałeś ją do tego ośrodka dla dziwadeł?! Bo  u m i a ł e ś  sobie z nią poradzić?! Nie rozśmieszaj mnie!
Cztery. Pięć.
– Bella! – zrugała ją babcia Fiona, patrząc gniewnie spod okularów-połówek.
Sześć, siedem.
– Co „Bella”? Przecież to prawda! Oddali ją, bo była niebezpieczna dla otoczenia i 
b a l i  s i ę  tego, co mogła zrobić!
Osiem, dziewięć.
– Ty mała… – zaczęła matka, wchodząc na bardzo wysokie tony.
Dziesięć.
Dziadek uderzył laską o podłogę tak głośno i mocno, że szyby aż zadrżały  w oknach.
– Spokój! Zachowujecie się jak rozpuszczone bachory, które dawno nie dostały w skórę!
Zapadła cisza. Atmosfera była tak gęsta, że mogłabym otulić się nią jak kocem. Co bardzo chciałam zrobić, ale niestety teraz cała ich uwaga była chwilowo skupiona na mnie.
– Bella.
Dziadek spojrzał na ciotkę znacząco. Tamta zmarszczyła się jak mops, ale sięgnęła po różdżkę:
Finite.– rzuciła, zadzierając wysoko głowę. Nie zaszczyciła mnie choćby przelotnym spojrzeniem.
Na próbę wymamrotałam  zgrabną wiązankę przekleństw pod adresem ciotki Bellony, która została zagłuszona – na moje szczęście – przez rozmowę, do której wrócili dorośli. Zaklęcie Jaspera już przestawało działać, jednak niektóre słowa nadal brzmiały dziwnie w moich ustach.
Dupek. Naprawdę uwierzyłam w tę gadkę o przeciwzaklęciu!
– To może ją zapytajcie? – powiedział ktoś nagle.
Czekaj, co?
– Ech… – westchnęła moja matka, chowając zmęczoną twarz w dłoniach. – Co sądzisz,  Cassie?
–…jej mać – dokończyłam, po czym spojrzałam na mamę lekko zdezorientowana. – Po pierwsze, nie Cassie. Po drugie – o co chodzi?
Celine ziewnęła ostentacyjnie i zakryła usta dłonią, okazując wszem i wobec swoje znudzenie.
No tak, w końcu nie była w centrum uwagi. Cóż to się stało! Pani Jestem-Królową-Wszechświata nie otrzymała wystarczająco dużo cennej atencji, aby być usatysfakcjonowana?
– Uważamy, że gdybyś powiedziała nam, czego dowiedziałaś się od swoich przełożonych na temat swojego zadania w Hogwarcie, wiedzielibyśmy, czego się spodziewać i na co się przygotować.
–  Mhm-mm – mruknęłam, unosząc jedną brew. – Naprawdę?
– Co w tym dziwnego? – zapytał ojciec, zerkając na zegarek.
Pośpieszasz mnie, czy na coś czekasz?
– To, że nigdy was to nie interesowało – odpowiedziałam z przekąsem.
Tak, nadal mam do nich żal. Być może zawsze będę mieć. Nadal uważam też, że wszystko co mnie spotkało, to ich wina.

Jesteś dziecinna.

Zamknij się, Wielmożne Sumienie. Nie pomagasz.

– Cassandro, nie przeciągaj tego w nieskończoność – odezwał się wreszcie wuj Terence, mąż Bellony, ojciec Celine, a dodatkowo brat mojej matki. Przeczesał swoje przerzedzone blond włosy niecierpliwym gestem, wyraźnie mając dość rozmowy, która nie prowadziła donikąd. Zawsze był bardzo praktyczny i nie lubił marnowania czasu. – Niektórzy z nas mają małe dzieci, które nie mogą spędzić całego dnia pod opieką podstarzałej skrzatki domowej.  Po tej całej rewolucji Granger muszę jej jeszcze za to dodatkowo zapłacić!
Terence Higgs, pochodzący z rodziny o typowo czystokrwistych poglądach nie miał za grosz szacunku do osób, które za niego sprzątały i prały mu brudne skarpetki. Nie mniej jednak miał częściowo rację – jego najmłodszy syn, Arthur Ares (nie pytajcie mnie, dlaczego wybierają takie imiona) miał chyba nieco ponad rok. Albo nie miał roku? Na gacie Merlina, ja nawet nie wiem jak on wygląda, a co dopiero ile ma lat!
Nie przeciągając dłużej, po prostu przekazałam im skrót tego co – jak wydawało się moim „przełożonym” ­– powinni wiedzieć. Nie za dużo, ale tyle, żeby byli zorientowani w tym co dzieje się wokół nich.
– Podsumowując – westchnęła babcia Fiona, wyglądając na przytłoczoną tym zamieszaniem – masz po pierwsze zapanować nad sobą, po drugie zostać oczami i uszami Ministerstwa w Hogwarcie, a po trzecie zbadać coś co zaczyna się tam dziać i w razie potrzeby powiadomić przełożonych i wspólnie z nimi zapobiec kłopotom. Czy o czymś zapomniałam?
Co oni mają do tych „przełożonych”?
– Dlaczego właściwie ty? – wtrąciła się Celine wszystko wiedzącym tonem. – Nie mogli wysłać kogoś bardziej doświadczonego? Jakiegoś super-myśliwego, czy jak wy się tam nazywacie?
Ł o w c y. Nazywamy się Łowcy. Mam przeliterować? – poprawiłam ją, mimowolnie irytując się całym tym zamieszaniem, jakie się wokół mnie rozgrywało.
No i jej lekceważącym podejściem. Ktoś chce sprawdzić, czy nie trzeba ratować jej tyłka, a ta jeszcze prycha i wywraca oczami. Wrr…
– Cassandro – upomniał mnie ojciec.
Odpowiedziałam mu zirytowanym spojrzeniem.
– A teraz pomyśl – zaczęłam, podpierając brodę na dłoni –  gdyby ktoś obcy, powiedzmy… nowy nauczyciel zaczął wszędzie grzebać, węszyć i kręcić się po zamku, czy nikt by tego nie zauważył? Albo czy którykolwiek z uczniów powiedziałyby cokolwiek ważnego nauczycielowi, którego dodatkowo nawet nie zna? Czy gdy widzisz coś dziwnego albo nawet strasznego, lecisz z tym do od razu do dorosłych czy sprawdzasz to na własną rękę?
– Nie mów do mnie jak do  totalnej idiotki – odparła spokojnie Celine, mrużąc oczy jak czujny drapieżnik. – To oczywiste, że jest spora przepaść pomiędzy tym, co wiedzą profesorzy, a co naprawdę się dzieje wśród uczniów. Czasem sytuacja przedstawia się odwrotnie – to do nas niewiele dociera jeśli coś dzieje się z gronem pedagogicznym, ale bez przesady! W tej szkole nic specjalnego nie zdarzyło się już od wielu lat! Ostatnim razem za czasów naszych rodziców. Szczerze wątpię, czy mamy w szkole drugiego bazyliszka, albo, no nie wiem, smoka w lochach czy jakieś inne paskudztwo.
– Jednak coś się dzieje, Celine – powiedziałam, kręcąc głową. – Spokój nigdy nie trwa wiecznie. W Hogwarcie uczyło się wielu wspaniałych czarodziejów, jak i totalnych świrów i każdy z nich odcisnął na nim ślad. Nawet Morgana mogła zostawić coś po sobie, a my nigdy się o tym nie dowiemy.
– Nadal nie powiedziałaś dlaczego akurat ty – powtórzyła kuzynka nieprzekonana.
W głowie poszukałam odpowiedzi. No właśnie – dlaczego akurat  j a. Na to pytanie Jasper nie chciał mi odpowiedzieć mówiąc, że to zbyt oczywiste i żebym go nie rozśmieszała, bo nie jestem tak głupia, żeby się tego nie domyślić.
– Szczerze? – odparłam, patrząc na nią zamyślona. – Jestem najmłodszą absolwentką Instytutu, jednocześnie jedyną, która potrzebuje jeszcze popracować nad sobą. Poza tym, mam tam ciebie. W pewnym sensie to logiczne, że „rodzice przenieśli mnie do szkoły” gdzie chodzi moje cioteczne rodzeństwo. Pewnie pojawią się plotki, że przenieśli mnie za złe sprawowanie czy coś w tym stylu, a ja nie będę ich zwalczać.
Byłoby to częściowo zgodne z prawdą, pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem.
– Słaba ta twoja historyjka – rzuciła w odpowiedzi, wzruszając ramionami – ale skoro tylko tyle ci przekazali, to może ta twoja misyjka nie jest wcale tak ważna.
Ty złośliwa suko, o co ci chodzi? Jesteś zazdrosna, tak? Udław się tą swoją zawiścią!
Próbowałam zabić ją wzrokiem, niestety – bez skutku. Szkoda, że tego nie potrafię. Jedna przeszkoda z drogi mniej. Nagle do mnie dotarło, że mogę trafić z nią do jednego domu. Zaklęłam siarczyście w myślach. Jeszcze jeden powód, żeby NIE iść do Hogwartu.
– Z tego co zrozumiałam, mamy czekać na jakiegoś twojego przełożonego, który przekaże ci resztę informacji pod koniec sierpnia i zabierze na Pokątną? – odezwała się moja matka, wstając od stołu. – Do tego czasu obowiązują cię więc takie same zasady, co każdego nastolatka w twoim wieku.
– Chyba nie myślisz, że będę funkcjonować bez magii? – zawołałam, również zrywając się z siedzenia i podchodząc do niej bliżej. – Przecież  ja prawie nią oddycham! Nie potrafię żyć bez niej! Nie mogę też spać w tym ustrojstwie – podniosłam lewą dłoń i zamachałam nią w górze, wskazując bransoletkę. – Maksymalnie dziesięć godzin albo usmażę się od środka.
Nie powiem, żeby moją matką to wstrząsnęło. Poczułam się jak swojego rodzaju królik doświadczalny. Który to już raz dzisiaj?
Wszyscy zaczęli podnosić się i spotkanie wyraźnie zbliżało się do końca.
– Będziesz musiała się przyzwyczaić. Dobrze ci to zrobi, uwierz mi – zawyrokował ojciec, zmierzając w kierunku swojego gabinetu. – Teraz ja i Draco mamy spotkanie z ważnym klientem, więc wolałbym, żebyś do czasu jego zakończenia znalazła sobie jakieś w miarę możliwości ciche zajęcie. Poczytaj coś, przejdź się…czy co tam robią dzieci w twoim wieku. Ach, no tak! Chmurka pokaże ci twoją nową sypialnię – dodał, wyraźnie spięty. Co znowu? – Ze względu na to, że dość długo cię nie było, a my musieliśmy zagospodarować opuszczone pokoje, twój teraz znajduje się we wschodniej wieży.
Wytrzeszczyłam oczy. On chyba nie mówi o… O, nie! Nie ma szans!
– Chyba sobie ze mnie jaja robisz, prawda?! – pisnęłam, przestraszona samą myślą o tamtym miejscu. – Mam nadzieję, że nie myślimy o tej samej wieży? Starym laboratorium?! Przecież Ona tam…!
– To było prawie milenium temu – uciął ojciec, stając w drzwiach. – Chyba nie myślisz, że nie wysprzątano jej odpowiednio? To jedna z większych komnat w zamku. Powinnaś się cieszyć.
Potem wyszedł, a wujek Dracon zaraz za nim. Olał mnie! Znaczy, wiem, że ma ważniejsze rzeczy na głowie, ale mógłby chociaż dokończyć rozmowę!
Odwróciłam się do pozostałych z miną małego mordercy.
– A co się stało z moim starym pokojem? – zapytałam, zaciskając dłonie w pięści. – Dlaczego już nie mogę w nim mieszkać?
– Teraz jego właścicielką jest Celine – odpowiedziała mi Bellona, przeglądając stos papierów, które przed chwilą wyciągnęła z ogromnej aktówki. – Przestań narzekać, Victor ma rację  powinnaś się cieszyć.

O taaaaak. Z mieszkania w ciemnej wieży, w starej pracowni Morgany, do której jeszcze trzydzieści lat temu bał się wejść każdy człowiek o zdrowych zmysłach! Dziękuję ci, o Losie! O tym marzyłam! Jeszcze tylko kolejny atak i ten dzień będzie najwspanialszym w moim życiu! Albo niech pożre mnie smok. Wyjdzie na to samo.



Więc zostałam w jadalni, czekając na skrzatkę, która zajmowała się mną w dzieciństwie, gdy rodzice pracowali. Nie wiem czemu, ale przypomniała mi się piosenka, którą śpiewano mi na dobranoc jako coś w rodzaju kołysanki. Niestety, nie pamiętałam kto to robił.
Short steps, deep breath. Everything is alright – zanuciłam, trochę fałszując. – Chin up, I can't step into the spotlight…
Zdecydowanie za długo tutaj przebywam. Zaczyna mi się coś robić z mózgiem.
Nie potrafię powiedzieć, dlaczego nagle poczułam się przytłoczona tym wszystkim. W moim gardle utworzyła się gula wielkości pięści, a wszystkie dobre wspomnienia związane z tym miejscem, z moim  d o m e m, wydawały się takie… odległe, smutne i mgliste.
Zapomniałam resztę tekstu kołysanki, której tytułu nawet nie znałam. Jakie to wszystko żałosne!
Tak siedzącą, zgarbioną na krześle przy ogromnym, pustym stole znalazła mnie Chmurka, niemal bezgłośnie wślizgując się do jadalni przez kuchenne drzwi.
– Panienka Cassandra! – zawołała zmartwiona tym swoim cienkim głosikiem, przekrzywiając głowę do tyłu, żeby mi się lepiej przyjrzeć. – Strasznie panienka urosła i znowu wygląda inaczej. Chmurka cieszy się, że może panienkę widzieć, o tak.
Uśmiechnęłam się smutno, spoglądając na skrzatkę. To zabawne, że zostałam milej przywitana przez „służbę” – choć nigdy tak o Chmurce nie myślałam – niż przez własną rodzinę.
– Cho-cholera, zaraz się rozkleję… – mruknęłam, pociągając nosem, po czym zwróciłam się do skrzatki. – Ciebie też miło widzieć, Chmurko. Podobno masz mnie zaprowadzić do mojego nowego pokoju.
Skrzatka na te słowa wzdrygnęła się, jakby pomyślała o czymś wstrętnym.
– Tamto miejsce jest złe, panienko. Chmurka mówiła to panu le Fay, ale pan Victor był zły i nie chciał słuchać. Tam działy się złe rzeczy, o tak. Chmurka to czuje.
Cóż, jeśli oczekiwałam pocieszenia, to się przeliczyłam. Wstałam, kierując się ku drzwiom.
– Wiem, Chmurko – westchnęłam, nie mając siły nawet o tym myśleć. Po prostu chciałam się już rozpakować, przebrać, umyć i wyjść z tego zamku jak najszybciej. – Zdajesz sobie sprawę z tego czy moje bagaże już są na miejscu?
– Tak, panienko Cassandro – odpowiedziała, gorliwie kiwając głową. – Są w labo-… pokoju panienki, oczywiście – poprawiła się szybko. – Pan kazał kupić już meble, posprzątać i odświeżyć pomieszczenie, żeby panienka się nie obawiała tam spać, o tak! Chmurka bardzo się starała, żeby wszystko było gotowe na powrót panienki!
Nie powiem, zaskoczyło mnie to. Chociaż, mój ojciec i ja mieliśmy nieco… odmienne gusta, jeśli chodzi o dekoracje wnętrz. Ale z drugiej strony, to było tak dawno temu, że już nie pamiętam, o co właściwie się kłóciliśmy – to było coś związanego z wystrojem sali balowej na tamten feralny bankiet. Nieważne, potrząsnęłam głową, nie mam ochoty tego pamiętać. Nie mam ochoty pamiętać stąd niczego.
– Coś nie tak, panienko? – zapytała Chmurka, znowu robiąc tę swoją zmartwioną minę. – Co się stało? Chmurka może pomóc?
– Nie, nic się nie stało – szybko przybrałam na twarz maskę pozornego zadowolenia. Muszę się przyzwyczaić, że tutaj wszyscy będą albo mi nadskakiwać, albo naskakiwać na mnie. – Po prostu jestem trochę zmęczona, nic więcej. Dziękuję, że tak się starałaś. Naprawdę to doceniam.
Chmurka, po chwili już uśmiechnięta, prowadziła mnie do mojej sypialni, drepcząc tak szybko na tych swoich krótkich nóżkach, że prawie za nią biegłam.
Kiedy oprowadzała mnie po korytarzach, które powinny być dla mnie znajome, ale wydawały się całkowicie obce, poczułam się dziwnie.
Jakieś wyimaginowane drzwi zamknęły się za mną, kończąc jednocześnie pewien rozdział mojego życia i uniemożliwiając powrót do niego. Może i wszystko było tam szalone i nieprzewidywalne, ale je znałam, może nawet kochałam – tak, kochałam. A teraz ono odeszło, a ja znów trafiłam z deszczu pod rynnę, nie wiedząc, co będzie ze mną jutro, za tydzień, nie mówiąc już o miesiącu.
W wyobraźni cofnęłam się do tych drzwi i waliłam, kopałam, wrzeszczałam, a nawet błagałam żeby wpuścili mnie z powrotem. Jak widać, na próżno.



– Proszę się rozgościć, panienko. Wszystko, co potrzebne, znajdzie panienka w szafie. Jeśliby czegoś brakowało, proszę dać Chmurce znać, a Chmurka w mig to przyniesie! – oznajmiła skrzatka, aportując się z pokoju.
W sumie, nie było tak źle, jeśli pominąć fakt, że gdy tylko dotknęłam klamki, poraził mnie prąd.

Pfff… Tchórzu! Wydawało ci się. Naelektryzowałaś się, chodząc po dywanach czy coś w tym stylu i od razu coś sobie ubzdurałaś!

Od kiedy metalowe klamki rażą prądem? Potrząsnęłam głową. Nieważne, pomyślałam znowu, rozglądając się wokół.
Pokój był okrągły i bardzo… neutralny. Jakby ojciec nie bardzo wiedział, co tu wstawić, więc wcisnął to, co jest potrzebne matce, czyli jedynej osobie, którą mógł poprosić o pomoc i nie „uwłaczało to jego godności”. Ściany były wyłożone białym, ozdobnym kamieniem, strasznie przypominającym piaskowiec. Podłoga to zwykłe, drewniane panele, z jakiegoś jasnego drewna. Meble były trochę staromodne, ale dodawało to tylko klimatu. Ogromne łoże z baldachimem, na którym ktoś położył białą pościel ze złotymi motywami roślinnymi, złożoną w idealną kostkę; przed nim stała moja sfatygowana czerwona walizka, wyglądająca w tym niemal rażącym bielą pokoju jak cyrkowiec przy szlachcicu. Nieodłącznym elementem były dwie szafki nocne z pozłacanymi zdobieniami. Nabawię się wstrętu do rzeźbień.  
Duże, białe okna w kształcie prostokątów wpuszczały więcej światła, niż się spodziewałam. Na okrągły balkon okrążający wieżę dookoła, prowadziły drzwi w podobnym stylu. Na środku mojej sypialni ustawiono piecyk, w którym ktoś rozpalił ogień. Uśmiechnęłam się mimo wszystko, dobrze wiedząc, że to Chmurka o mnie zadbała. Przed paleniskiem leżał puszysty, biały dywan, w którym zapadłam się po kostki, od razu gdy tylko na niego weszłam.  Przy barierce od schodów stała ogromna sofa, z białym, rzeźbionym pnączem winorośli na górze, w miejscu gdzie mogłam oprzeć głowę, oraz szary obiciem w białe kwiaty. Wyglądała jak z jakiejś bajki, którą oglądałam na starym telewizorze z Tamarą i Aleksem, gdy spędzaliśmy wakacje na obozie. Wtedy też po raz pierwszy obcowałam z elektrycznością…Przestań rozgrzebywać stare rany.. Kompletem do sofy były jeszcze stolik kawowy i fotel w tym samym stylu.
W pokoju znajdowały się jeszcze dziwna szafa jak z Opowieści z Narnii, toaletka z taborecikiem oraz malutka biblioteczka. Żadnych zbędnych ozdób, obrazów – nic, oprócz kryształowego wazonu ze świeżymi kwiatami, postawionego przy łóżku, na jednej z szafek nocnych.
Podeszłam do nich i powąchałam je, przymykając powieki.
– Narcyzy – mruknęłam sama do siebie, wdychając słodki, ale słaby zapach. – Pewnie z ogrodu babci Fiony. Hmmm… narcyzy… To jakaś sugestia?
Westchnęłam znowu, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Bransoletki zaczęły strasznie uwierać mnie w nadgarstki, ale dobrze wiedziałam, że na razie nie mogę ich zdjąć.
Po przetestowaniu nowego łóżka – rzuciłam się na nie z rozpędu i przeleżałam dobry kwadrans, przewracając się z boku na bok – w końcu wzięłam się w garść i zabrałam się za rozpakowywanie bagażu.
– Ciekawe, po co to robię – narzekałam. – Za niecały miesiąc będę musiała to pakować z powrotem. Tym razem do Hogwartu
Szafa, której drzwi okazały się prowadzić do pomieszczenia na upartego mogącego uchodzić za garderobę, pomieściłaby dwa razy tyle ubrań, ile przywiozłam. Strzeżonego Merlin strzeże, co, tatuśku?
– A Blake narzekał, że spakowałam pół Instytutu…
Potem zabrałam się za drobiazgi – niewielką ilość biżuterii, którą posiadałam, wrzuciłam do szkatułki i zamknęłam w toaletce. Gdy doszłam do zdjęć, uświadomiłam sobie, że nie mam ich gdzie, ani tym bardziej jak powiesić.
– Ch-chol-lera – mruknęłam, jąkając się.
Jasper, zamorduję cię. Nawet wysłowić się przez ciebie nie potrafię! Wsadź sobie te zaklęcia głęboko w dupę!
Odpuściłam, stawiając te, które mogły stać gdzie popadło.
– Przynajmniej teraz czuję się trochę jak u siebie – rzuciłam, wypakowując swój niewielki księgozbiór.
Niektórzy – co ja gadam, większość, jeśli nie wszyscy – czarodzieje uznaliby zapewne, że czytanie książek fantas, gdy jest się magiem nienawidzącym swoich mocy  jest porąbane, ale mi to nie przeszkadzało. Lubiłam mugolskie opowieści, wyobrażenia autorów o świecie magii, to jak niektórzy byli blisko prawdy. Robiło mi się lżej i cieplej na sercu gdy czytałam, że ludzie podobni do mnie radzili sobie z przeciwnościami losu. Nawet jeśli była to czysta fikcja, dawała mi promyczek nadziei, że kiedyś też dam sobie radę ze wszystkim co mnie spotka – nieważne co to będzie. Moi idole byli papierowi, ich myśli zdobiły stronice książek za czytanie których rodzice chyba by mnie wydziedziczyli, a mimo to wydawali się tacy… bliscy. Oczywiście, nie wszyscy – niektórych bohaterów po prostu nienawidziłam, ale to raczej normalne, prawda? Nie musiałam kochać każdego z osobna. Niestety, mój dostęp do ukochanych serii był bardzo ograniczony ze względu na ogólny zakaz opuszczania terenu Instytutu bez opieki nauczyciela. Cóż, nikt nie mówił, że jestem grzeczna i posłuszna, czyż nie? A to, że weekendowych popołudni i wieczorów nie spędzałam w pokoju nie jest grzechem?
Po uporaniu się z rozpakowywaniem wzięłam ubrania na zmianę – coś dużo cieplejszego niż ostatnio – i zeszłam milionem krętych stopni do łazienki piętro niżej.
– No, no – rzuciłam, oglądając nowocześnie wyglądający prysznic i wannę, które trochę minęły się z moimi wyobrażeniami średniowiecznego zamku. – Ktoś poszedł z duchem czasu. Ciekawe, jak to zamontowali…
Po szybkim prysznicu i ogólnym ogarnięciu się, wróciłam do siebie i wyszłam na balkon z mokrą głową.
Widok był nieziemski. Całą sporej wielkości wyspę otaczały szaro-błękitne wody morza, kontrastując z ciemną zielenią trawy i szarością górskich szczytów. Niebo było zasnute stalowoszarymi chmurami, zapowiadającymi wieczorny sztorm. Wiał silny wiatr, szarpiąc moje ciężkie, mokre włosy i zmuszając do ukłonów dumne świerki, sosny i dęby z pobliskiego lasu, który zajmował ponad połowę powierzchni wyspy. Większą jego częścią był rezerwat magicznej dzikiej przyrody, do którego nie wchodził nikt, komu życie było miłe. Tam też puszcza przeradzała się w niskie góry. Nieliczne wrzosowiska, z tej wysokości wyglądające na drobne purpurowe piegi na zielonej twarzy traw otaczały najdziwniejszą z dziwności Avalonu. Nie, to nie moja rodzinka.
Był to rozległy sad osobliwych, dzikich jabłoni. Nikt nie wiedział kto je tu posadził ani jakim cudem przetrwały tutaj tyle stuleci, ale zdecydowanie są najstarszymi drzewami na wyspie. Ich owoce są czerwono-różowe i mają silne właściwości magiczne, przydatne w czarodziejskiej medycynie do niwelowania obrażeń zadanych za pomocą magii. Drewna drzew tych używano dawniej do produkcji różdżek. Avalońskie jabłonie wyszły z użycia z powodów ich mrocznej natury, nie podobnej do zwykłych gatunków – ich właściciel musiał doznać silnego wstrząsu psychicznego, nierzadko błąkać się na skraju szaleństwa, aby wydobyć ich prawdziwy potencjał. Co więcej, nie chciały współpracować ze zwykłymi rdzeniami, a te, które idealnie z nimi współgrały były ciężkie do zdobycia albo niestabilne. Pazur mantikory, pióro ze skrzydła harpii czy kieł widłowęża nie były preferowane jak źródła mocy magicznej i nadal nie są.
– Z wysoka wszystko wygląda piękniej – powiedziałam, pochłaniając wzrokiem moją wyspę.

Na pewno jeszcze mogę ją tak nazywać?

Przecież to  t w o j a  wyspa. Nikt inny poza le Fay’ami tu nie mieszka, więc należy do rodziny. Chyba nawet posiadamy akt własności. A skoro twój ojciec, dziedzic, ma tylko jedną córkę… Poza tym, nie czujesz  t e g o ?

Tego dziwnego magnetyzmu, czegoś, co mówiło mi, że to moje miejsce, że zawsze nim było…
Nie. Przecież to kłamstwo! To  n i  e  jest moje miejsce! Nie pasuję tu!

Czy to prawda?

Pokręciłam głową. Koniec bzdur, zaczynam kłócić się sama ze sobą. To wszystko przez…
Teraz nawet nie miałam na kogo zrzucić winy. Ten świat schodzi na psy.
– Chyba pora spojrzeć na to wszystko z lotu ptaka.
Na szczęście, małe ustrojstwa nie blokowały animagii. Wolałam mieć je przy sobie, tak na wszelki wypadek.
Usiadłam na murku, przewieszając nogi przez jego krawędzi i zamachałam nimi nad przepaścią. Od ziemi dzieliło mnie jakieś dwanaście pięter. Potem się przemieniłam.



Gdy byłam ptakiem, nabierałam dystansu do każdej sytuacji, w jakiej się znajdowałam. Wtedy liczyły się tylko machnięcia skrzydeł i wysokość. Im wyżej, tym dalej od problemów. Im dalej, tym byłam spokojniejsza. I choć nie powinnam uciekać od przeciwności losu, czasami po prostu było to niezbędne, jakby sam fakt, że zmieniłam kształt zmieniał też moje wnętrze.
Animagia była chyba jedyną mocą, której nie chciałabym nigdy zwrócić. Odkryłam ją jako ostatnią i najbardziej pokochałam, może przez wrodzoną miłość do latania. Przedtem gdy zasmakowałam świata do którego człowiek nie powinien mieć wstępu, za pomocą miotły, myślałam, że to ona jest spełnieniem moich marzeń i nie śmiałam mierzyć wyżej. Najnowszy model, świeżo z taśmy produkcyjnej, z tym przeklętym bo znajomym nazwiskiem projektanta tuż poniżej rączki – tak wyglądała każda z moich miotełek. Lubiłam grać w Quidditcha, bo choć nie byłam wybitnym graczem, to kochałam adrenalinę jaką dostarczał mi ten sport.
Pewnego dnia, gdy po lekcjach obserwowałam ptaki gromadzące się wokół „Kruczej” Wieży Instytutu, zauważyłam jak bardzo ogranicza mnie moje własne ciało. Wtedy zapragnęłam czegoś więcej niż mogła dać mi jakakolwiek miotła.
Pragnęłam skrzydeł.
Co noc przychodziłam na Kruczą i wytężałam moją wolę, ćwicząc, ćwicząc i jeszcze raz ćwicząc. Początkowo przemiany były powolne i bardzo bolesne, ale było mi o tyle łatwiej, że jako metamorfomag posiadałam wrodzone zdolności do zmiany kształtu. Wiedziałam, że zaawansowany metamorfomag, który nauczy się odpowiednio władać animagią może zostać zmiennokształtnym – kimś, kto potrafi dokonywać częściowej transmutacji zwierzęcej albo wręcz zmieniać się w człowieka, kopiując nie tylko jego wygląd, ale też tożsamość.
Ja jednak zmierzałam w innym kierunku. I po wielu miesiącach ciężkiej pracy, paru utratach przytomności i licznych zarwanych nocach udało się.
Dziwnym było jednak, że stałam się białym krukiem, skoro moje włosy naturalnie są niemal czarne a ja nie zamierzałam osiągnąć efektu albinosa. Nie przeszkadzało mi to jednak. Problemem pozostał tylko fakt, że animagia jest wyczerpująca, bo niestety czasem z rozpędu używam mocy metamorfomaga co kończy się bardzo boleśnie, bo nie mogę zmienić swoich organów wewnętrznych i układu kości z pomocą tej umiejętności.
Gdy przelatywałam nad częścią ogromnego lasu, która  była granica rezerwatu magicznego, usłyszałam coś dziwnego. Coś jakby… krzyk?
Tylko, że to niemożliwe. Rezerwatu chroni magiczna bariera, której nie da się naruszyć od zewnątrz.  Chyba że…naruszono ją od wewnątrz? To nie ma sensu.
Kolejny wrzask, tym razem bliższy oznaczał, że krzyczący przemieszcza się w stronę zamku.
Co za idiota tam wlazł…
Mimo wszelkich wątpliwości poleciałam w kierunku, w którym poruszał się tamten gość.
Mamy intruza na wyspie? Skoro wszyscy powinni być w zamku a nawet jeśli nie, to dobrze wiedzą, czym grozi zapuszczanie się w tamto miejsce. Ewentualnie to jakiś napalony badacz zielonych walijskich… Nie, oni zazwyczaj są lepiej przygotowani i najpierw pokazują się przed właścicielem ziemi, prosząc o pozwolenie na badania na ich terenie czy coś w tym stylu.
Wylądowałam na potężnej gałęzi starego dębu, rosnącego w „normalnej” części lasu. Rozejrzałam się dokładnie, szukając źródła wrzasków, ale nie zobaczyłam nic, poza zwyczajnym leśnym krajobrazem.
Może z dołu będzie lepszy widok.
Po chwili wylądowałam na ziemi, kucając na swoich dwóch ludzkich już nogach. Wstałam, rozmasowałam obolałe mięśnie ramion i schowałam się w cieniu dębu, czekając.
I długo czekać nie musiałam. Zaraz też rozległ się kolejny głośny, dziewczęcy pisk, poprzetykany tak wymyślnymi przekleństwami, że poczułam się ograniczona.
Odgłos kroków właścicielki jakże bogatego słownika był bardzo wyraźny. Łamała wszystkie możliwe gałęzie, potykała się o korzenie i dyszała jakby przebiegła maraton.
Gdy mijała dąb, za którym się chowałam, bezceremonialnie złapałam ją za ramię, pociągnęłam i rąbnęłam drobnym ciałem o drzewo tak, że nie mogła się poruszyć. Dłonią nakryłam jej usta.
Była mojego wzrostu i prawdopodobnie w moim wieku, choć z twarzy wyglądała na dużo młodszą. Jej sercową twarzyczkę okalały długie, kruczoczarne włosy zaplecione w dwa rozpadające się warkocze. Miała duże, ciemnobrązowe oczy, małe, również sercowe usta i zgrabny, pulchny nosek. Coś w niej było tak znajome, że dopiero po chwili złapałam się na tym, że z wrażenia wstrzymałam oddech.
Na jej bladej skórze wykwitł potężny rumieniec spowodowany zapewne tą szaleńczą – i głośną – ucieczką. Patrzyła na mnie wzrokiem spłoszonego zwierzęcia, szarpiąc się i mamrocząc coś. Otrząsnęłam się z osłupienia, gdy prawie ugryzła mnie w rękę.
Wymierzyłam jej słaby, ale otrzeźwiający policzek i rzuciłam groźne spojrzenie. Trochę się uspokoiła, ale jej wzrok sugerował, że jestem nic nie wartym robalem. Zagotowało się we mnie, lecz nadal udawałam spokojną.
– Okej, nieznajoma – zaczęłam szeptem, przekrzywiając głowę i obserwując każdy, nawet najdrobniejszy jej gest. – Nie wiem, czy jesteś świadoma, ale przekroczyłaś barierę rezerwatu. Smoczego rezerwatu. Zaraz zabiorę rękę, a ty mi ładnie wyśpiewasz, co zrobiłaś. Nie próbuj wrzeszczeć tak jak wcześniej, bo to, co cię goniło przylezie tu i będzie nieciekawie. Zrozumiałaś?
Chwilę patrzyłyśmy sobie w oczy; jedna szukała słabości drugiej. Potem dziewczyna powoli kiwnęła głową, jakby jeszcze zastanawiając się nad swoją decyzją.
Ostrożnie zabrałam dłoń, obawiając się jej reakcji.
– Jesteście cholernie gościnni na tej waszej wysepce – zaczęła głośniej niż powinna, emanując wściekłością. – To kiedy nabijesz mnie na pal i upieczesz nad ogniskiem?! Najpierw smok, a potem…
Ciiiszej. Smok, mówisz? – uśmiechnęłam się z satysfakcją, czując, że trafiła kosa na kamień. – Będzie ciekawie.
Mówiąc to odsunęłam się od niej gwałtownie i poprawiłam swoją czarną termoaktywną bluzkę z krótkim rękawem. Używałam jej często na treningach, bo nie krępowała ruchów. Przyda się i tym razem.
Nieznajoma straciła równowagę i osunęła się po drzewie, wyglądając na ledwie żywą. Mimo wszystko trochę mi zaimponowała. Większość ludzi przy smokach dopada tak paniczny strach, że nie są w stanie się ruszyć.
Dopiero teraz spostrzegłam, w jak opłakanym jest stanie – jej szmaragdowa, elegancka sukienka była porwana i gdzieniegdzie przypalona, a włosy przypominały jedno wielkie gniazdo pełne liści i gałązek. Z rajstop zostały smętnie wyglądające strzępy, a z niegroźnie wyglądającej rany na kolanie, którą pewnie zarobiła podczas któregoś ze spektakularnych upadków, powoli sączyła się krew.
– W sumie to niezła jesteś – powiedziała nagle, unosząc głowę, żeby na mnie spojrzeć. – Prawie dostałam przez ciebie zawału. Ćwiczyłaś to już na jakiejś innej biednej, ślicznej osóbce, co? Czaisz się jak jakiś seryjny morderca.
Zignorowałam ją, zajęta rozglądaniem się za smokiem.




Nie no, bez jaj! Ten dzień nie mógł gorszy! Nie dość, że matka uparła się, żebym pojechała z nią na podpisanie umowy z jakimś bogatym kretynem od zamiateczek czy czegoś tam, wcisnęła mi jakieś łachy i prawie siłą zmusiła do „słodkich warkoczyków”, to jeszcze ona się napatoczyła!
Zaraz po przeteleportowaniu się przed ten cały zamek, który swoją drogą powinni udostępniać w horrorach, pożarłyśmy się ze wspaniałą rodzicielką o „moją minę”. Zostawiłam ją więc przed tamtym kamiennym straszydłem, a sama poszłam się przejść. Idąc przed siebie, opiewając metody wychowawcze matki i ogólnie wygrażając całemu światu i każdemu z osobna, potknęłam się o jakiś dziwny kamień, boleśnie rozwalając sobie nogę.
Gdy podniosłam głowę, zobaczyłam parę dziwnych, dzikich oczu, wpatrzonych we mnie. Jak się okazało, kamień nie był kamieniem, a smoczym ogonem. Zobaczyłam smoka po raz pierwszy w życiu, a że mój genialny umysł niestety nie jest stworzony do Opieki nad Magicznymi Stworzeniami, mogę powiedzieć, że był zielony. I przerażający. I brzydki. Mówiłam, że przerażający?
Jestem święcie przekonana, że lęk i nienawiść do tych cholernych, plujących ogniem wypierdków była zakodowana w moim umyśle na długo przed urodzeniem, więc gdy tylko byłam w stanie się podnieść zwiewałam aż się kurzyło. Biegłam szybciej niż byłam przekonana że potrafię, ale tamto bydle człapało za mną niezmordowane, ziejąc ogniem i próbując przypalić mój biedny tyłek. Niedoczekanie twoje, przebrzydła zielona gadzino!
– Znajdź sobie dziewczynę i przestań się za mną uganiać!!! – wrzasnęłam w kierunku smoka, odwracając się i sprawdzając, czy udało mi się go zgubić. Niestety nie. – Ja jestem zajęta, niewyżyty gnoju!!!
Wstawcie tam jeszcze potok przekleństw i przerwy na złapanie oddechu.
Nie wiem, jak długo kluczyłam pomiędzy drzewami, łapiąc wszystkie skarby lasu we włosy i rozwalając ukochane warkoczyki mojej mamusi – jedyny plus tej historii – ale w pewnym momencie zgubiłam go! I kto tu jest mistrzem, co, zielona gadzino?!
Nie zwalniając biegu, próbowałam jak najszybciej wydostać się z tej puszczy. Gdy wydawało się, że już prawie się udało, usłyszałam człapanie tamtego gada, wrzasnęłam i po raz kolejny się wywaliłam. Po podniesieniu się nie uciekałam daleko – zostałam przyparta do drzewa i kilkunastokrotnie zamordowana wzrokiem przez jakąś rudą, przerażającą laskę. Gdybym miała wybór, wróciłabym do przebrzydłej, zielonej gadziny. Chyba był sympatyczniejszy. Nawet nie chyba.
– Zawsze jesteś taka rozmowna czy tylko gdy łapiesz bezbronnych ludzi w lesie? – ciągnęłam, przyglądając się jej. Jednocześnie szukałam swojej różdżki, którą ukryłam w specjalnej kieszonce w fałdach spódnicy. – Swoją drogą, co zamierzasz? Skopiesz tyłek tamtemu brzydalowi?
Mimo, że ja się zaśmiałam, tamta tylko uśmiechnęła się tajemniczo i kucnęła obok mnie. Zostawiłam poszukiwania na później. Wolę jej dodatkowo nie uzbrajać.
– Dokładnie. A teraz grzecznie uciekniesz w tamtą stronę – kciukiem wskazała za siebie – i postarasz się nie wpadać na wszystko, co się napatoczy, dobrze? A, jeśli się zatrzymasz albo chociażby odwrócisz, to rzucę cię smoczkowi na pożarcie.
Ruda, przerażasz mnie, pomyślałam ponownie kiwając głową.
Wstała, otrzepała swoje czarne getry i pomogła mi się podnieść. Zwróciłam uwagę na srebrną bransoletkę na jej nadgarstku. Ładne, przeszło mi przez myśl. Miałam wrażenie, że błysnęła na niebiesko, ale po tej całej zabawie w berka z przerośniętą jaszczurką mogłam się mylić.
Zachowywała się jak najbardziej bezczelna Gryfonka, ale jej ton i spojrzenie bardzo przypominały mi Violet, moją koleżankę z Ravenclawu. Była dziwna, tajemnicza i bez wątpienia niesympatyczna.
– Powiesz mi chociaż, komu zawdzięczam mój tyłek w stanie nienaruszonym?
Ruda wyglądająca zza dębu zesztywniała, cofnęła się i zaczęła grzebać w dziwnej kieszeni naszytej na jej spodniach.
– Możesz nazywać mnie Cath – rzuciła, nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
– Catherine? Catharina? – dociekałam. – A nazwisko?
Zapadła chwila milczenia. Po chwili ruda – Cath – wróciła do rozglądania się wokół.
– Nie posiadam.
Parsknęłam śmiechem, za co zostałam zgromiona spojrzeniem. Z n o w u. Serio, ona nie ma poczucia humoru czy jak?
– Nie wiem czy coś się zmieniło gdy nie patrzyłam, ale normalni ludzie mają nazwiska...
– Nie słyszałaś, że od każdej reguły jest wyjątek?
Pfff… wygadana się znalazła.
– A ty? – zapytała znienacka. – Masz jakieś imię? A nie, czekaj, niech zgadnę. Coś rymującego się z „pyskata”. Może „małolata”?
– No tak, przecież ty jesteś taka miła, przyjazna i dojrzała! A przed chwilą przy drzewie pogłaskałaś mnie po policzku i przytuliłaś! – odparowałam z ironicznym uśmieszkiem, próbując wydostać listki z włosów. – Ale zapomnijmy o tym. Jestem Abigail Stone. Dla przyjaciół Abi, ale wątpię, czy kiedykolwiek będziesz do nich należeć.
Stone? Z tych Stone’ów – pierwszy raz od kilku minut poświęciła mi pełnię swojej uwagi, zostawiając otoczenie w spokoju.
Poczułam się tak zaszczycona, że już zaczęłam się wycofywać.
– Taaak – powiedziałam, wzdychając. – Tych Stone’ów… A teraz wybacz, ale ja już się zmywam. Jestem koścista i nie chcę, żeby pan Smoczuś połamał sobie na mnie swoje ogromne, mleczne zębusie.
Rudą, przepraszam, Cath coś strasznie rozbawiło, ale kiwnęła mi głową na pożegnanie i poinstruowała którędy mam iść. Jej wskazówki były jakieś dziwnie pokrętne, jakby cały teren widziała z innej perspektywy niż ja, ale po rudej – podkreślam – rudej lasce, która prawie udusiła mnie w środku lasu nie spodziewałam się niczego innego. Przypominała mi Rose Weasley, do tego stopnia, że wyobrażałam sobie już jak Scorp ślini się na jej widok.  Muszę o tym powiedzieć Alowi. Pomijając przebrzydłą, zieloną gadzinę, oczywiście. Zepsuje mi to mój nieskazitelny, ślizgoński wizerunek.




Teraz przynajmniej wiedziałam już, co robiła na wyspie. Pewnie zabrała się z rodzicami na to całe super ważne spotkanie biznesowe z moim staruszkiem, a skończyła łażąc po lesie… Nie, nie dziwi mnie to. Pewnie zrobiłabym dokładnie to samo.
No, może bez wkurzania Walijskiego Zielonego Smoka, ale to już nieważne.
Gdy Abigail zniknęła daleko za drzewami, przejechałam palcem po napisie na jednej z bransoletek, co sprawiło, że powiększyła się i mogłam bez problemu zsunąć ją z ręki. Po pozbyciu się  blokady zakręciło mi się w głowie. Oparłam się o potężny pień dębu, biorąc kilka głębokich wdechów i wydechów.
Po chwili wszystko wróciło do normy, a ja udałam się na poszukiwania smoka. Bransoletki wrzuciłam do kieszeni, zabezpieczając ją specjalnym zaklęciem chroniącym. Na tyle by było z zachowywania się jak nastolatki w moim wieku, mamo.
Wystarczyło iść śladami demolki, jaką zrobiła Abigail uciekając. Tutaj kawałek zielonej tkaniny, tam połamane gałązki, gdzie indziej miejsce gdzie ktoś wyraźnie potknął się o wystający korzeń.
W międzyczasie rzuciłam na ubrania i włosy zaklęcia ochrony przed ogniem. Chciałam wyjść bez szwanku z zabawy z „panem Smoczusiem”, w co wliczały się również takie drobnostki jak niespalone brwi czy rzęsy.
Nie musiałam długo szukać. Gdy pochylałam się nad kolejnym fragmentem materiału z kreacji mojej nowej „znajomej” usłyszałam ogłuszający ryk, przez który podskoczyłam ze strachu. Dochodził z niedużej odległości, jednak i tak nie był to teren rezerwatu. A skoro smok się wydostał, będę musiała wysłać go z powrotem na swoje miejsce i naprawić barierę. Cuuudownie.
To nie tak, że w ogóle się nie bałam. Bałam się jak cholera, szczególnie, gdy po drodze oglądałam ślady zniszczeń, jakie przerośnięta jaszczurka po sobie zostawiła. Rzecz w tym, że moim świętym psim obowiązkiem jest zajmowanie się własnym terenem, jako, że jestem w końcu Łowcą. Nie będę wzywać posiłków do jednego smoka, który nic mi nie zrobi dopóki nie wejdę w zasięg jego ogona lub szczęk. Jedną z niewielu zalet mojego okazjonalnego płonięcia był fakt, że nic nigdy mnie nie usmaży. Ciało mam w pełni ognioodporne, w tej kwestii jestem niezniszczalna. Szkoda, że tylko w tej.
Pospolity Walijski Zielony przysiadł na stercie połamanych przez siebie drzew, tworząc sobie coś w rodzaju legowiska. Otaczały go liczne płonące pnie.
Jak tak dalej pójdzie, to dojdzie do pożaru całej tej części wyspy. Nawet z dwudziestką Łowców nie damy sobie wtedy rady.
Biorąc kilka głębokich oddechów podeszłam do niego na tyle blisko, żeby mnie zauważył.
– Przerośnięty, zielony wężu!!! – wrzasnęłam, robiąc z dłoni prowizoryczny megafon. – Pora ruszyć swój ciężki, ogoniasty tyłek i wrócić do siebie, nie sądzisz?!
Smok podniósł głowę i zwrócił w moim kierunku swój wielki, jaszczurzy łeb. Dokładnie widziałam jego gadzie oczy z pionowymi źrenicami. Cóż, przynajmniej w teorii powinny być pionowe. Te były rozlane, cały czas poruszające się. Przeraziło mnie to bardziej, niż sam fakt, że stał przede mną pokryty łuskami kolos zdolny zgnieść mnie pacnięciem ogona.
– Zdziwniej i zdziwniej – nasunęło mi się na usta, zanim otrząsnęłam się z osłupienia.
Smok ruszył swój zakuty w łuski kuper, rozłożył skrzydła i zaryczał. Było coś pięknego w tym dźwięku, coś…
… nad czym teoretycznie nie miałam czasu się zastanowić, bo jaszczur odchylił głowę i plunął strumieniem ognia. Prosto na mnie.
     


Na początku szłam we wskazanym kierunku. Naprawdę, byłam posłuszna, chyba pierwszy raz w życiu, bo na ogół mi się nie zdarza.
Tylko myślałam, że Panna-Nie-Mam-Nazwiska-Jestem-Taka-Mhhhrocznaaa zaraz do mnie dołączy, że to był tylko taki słaby żart, wiecie o co chodzi, prawda?
Dlatego zaczekałam na nią, tak jak ona na mnie  schowana za drzewem. Stałam tam jak idiotka i patrzyłam się w przestrzeń, nadsłuchując.
Słuchałam.
I czekałam.
I słuchałam.
I czekałam.
Ona jednak się nie pojawiała. Ot, zniknęła. Hasa sobie pewnie po tym lesie jak jakiś jednorożec na sterydach i tylko chce cię znowu nastraszyć, Abbs  – przeszło mi przez myśl.
Głośny ryk przebrzydłej gadziny zmobilizował mnie jednak do ruszenia się i poszukania tej kretynki.
Po drodze, którą pokonałam na dygoczących ze strachu nogach, wyliczałam, co jej zrobię jak ją znajdę.
–...potem kopnę ją w dupę, wytargam za te ciemnorude kudły, znowu ją kopnę, a na koniec zawlokę do jakiegoś normalnego miejsca, najlepiej zamkniętego, bez olbrzymich zielonych gadów i powiem jej co o niej myślę…mała, głupia, samolubna, egoistyczna…
To do mnie niepodobne, żeby martwić się o kogokolwiek poza sobą. Szczerze, w życiu każdy jest choć w pewnym stopniu egoistą, bo nie wierzę, żeby w sytuacji zagrożenia życia ktoś nie pomyślał o ratowaniu własnej dupy.
I nadal w to nie wierzyłam, gdy Cath powiedziała, że idzie do smoka. Bo-że-niby-jak? Co? – myślałam, uważając to za niezły żart. Ale jeśli ona tak serio-serio poleciała tam do tego potwora, to niech sobie ginie, proszę bardzo, niech ją przerobi na ludzką pochodnię. NIE-OBCHODZI-MNIE-TO!
Zmierzając do miejsca, z którego słyszałam ryk, wiele razy chciałam zawrócić. Ale gdy pomyślałam, że mam ją tam zostawić samą na pożarcie jaszczurowi, dla którego plunięcie ogniem to jak popołudniowa herbatka…
Dlatego parłam dalej na przód, przed siebie, byle żeby ją znaleźć i wyjść stąd jak najprędzej.
Przeklinając swoją głupotę i brawurę rudej, po raz setny potknęłam się i wleciałam w jakieś niskie krzaki. Z piskiem wylazłam stamtąd na czworakach, otrzepując się szaleńczo, jakby łaziły po mnie jakieś niewidzialne robale.
–…ruszyć swój ciężki, ogoniasty tyłek i wrócić do siebie, nie sądzisz?!
Uniosłam szybko głowę i wlepiłam wzrok w ubraną na czarno postać.
Byłam na skraju ogromnej polany, którą przed chwilą stworzył ten przeklęty stwór.  Połamane drzewa, doszczętnie zwęglone krzewy i wszędzie pomarańczowe płomienie, trawiące roślinność jak pasożyt swojego żywiciela.
A ona stała tam sama, samiusieńka, z miejsca w którym klęczałam tak mała, że gdyby nie kasztanowo rude włosy kompletnie zlałaby się z otoczeniem. Stała naprzeciw olbrzymiego smoka jakby w ogóle mogła się z nim mierzyć!
– Ty pierdolona idiotko!!! – krzyknęłam, osłupiała nadal szurając kolanami po leśnej ściółce. – Czyś ty zwariowała?!!! Uciekaj!!!
Moje słowa zagłuszył ryk smoka, sprawiający, że skuliłam się w kłębek i zacisnęłam powieki, jakby fakt, że ja go nie widzę sprawiał, że gad zniknie i będzie już po wszystkim.
Gdy przestał ryczeć, powoli otworzyłam oczy, zamrugałam powiekami i rozejrzałam się w poszukiwaniu Cath.
Przerośnięta, zielona gadzina stała w tym samym miejscu, ziejąc potokiem ognia, którego gorąc odczuwałam nawet tutaj.
Ale Cath nigdzie nie było. Dopiero po chwili z przerażeniem to zrozumiałam.
Zniknęła pośród morza płomieni wydobywających się ze smoczego pyska.


13 komentarzy:

  1. Co to za zaszczyt móc pierwszemu pozostawić pamiątkę.
    Boże dziewczyno naucz mnie tak pisać. Histowia jest ciekawa wciągająca. Ja nigdy nie napiszę czegoś tak interesującego.
    I Nie lubię jej ciotki. Denerwująca Baba jak większość :)

    Więc życzę więcej weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cioteczka jest ostra, to fakt. Boże, ja dziękuję, że nie poddałaś się w połowie rozdziału, który przypomina hinduski dramat psychologiczny.
      Na początku również miałam problemy, nawet teraz daleko mi do ideału. Moją radą jest - ćwiczyć i czytać. Duużo czytać. Nie tylko książek, ale innych blogów, omijanie utartych schematów i szukanie czegoś swojego (powiedziała pisząc fanfiction :') )
      Dziękuję, wena się przyda. I słownik synonimów, bo do kreacji niektórych postaci brak mi słów.
      Pozdrawiam cieplutko,
      Storm

      Usuń
    2. Może kiedyś uda mi się pisać tak ciekawie jak ty:)
      A może przeczytałabyś moje opowiadanie. Nie jestem dobra w reklamowaniu się. Nie wiem po prostu jak.

      Usuń
    3. Postaram się przeczytać w weekend, skoro jutro (Merlinie, dlaczego?!) zaczyna nam sie szkoła. Znowu. Nawet nie wiem, czy się cieszę, martwię, czy to po prostu początki depresji sezonowej...
      Jeśli będziesz ćwiczyć, wyrobisz swój własny, niepowtarzalny styl i wtedy możesz być nawet tysiąc razy lepsza ode mnie. Zanim zaczęłam ją publikować, historia Cath miała napisane trzy-cztery rozdziały, nad którymi spędziłam długie godziny i zmieniałam ich wersję kilkunastokrotnie. Pierwotny pomysł nie miał nic wspólnego z obecnym, był niespójny, chaotyczny i pełen błędów logicznych i interpunkcyjnych. Nie mówię już nawet o tym, że dziecko z przedszkola lepiej poprowadziłoby narrację.
      Dlatego też tak bardzo nie przepadam za prologiem. Jest za krótki i mglisty, ale nie mam serca pisać go od nowa. W całą tę historię wkładam pełnię serca, a w tworzenie postaci nawet i trochę duszy. :)
      Przepraszam, ze sie tak rozpisałam, ale lubię wyczerpująco odpowiadać na pytania ;)
      Pozdrawiam i życzę dużo czasu wolnego w tym roku szkolnym - żeby nas nie zamęczyli :B
      Storm Hunter

      Usuń
  2. Bardzo ciekawe,czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, postaram się wstawić więcej we wrześniu :)

      Usuń
  3. Więc... Co oznacza "wyszłam na balon"?? To nie jest jedyną literówka ale... Każdemu się zdarza :D oczywiście Swornegacie prowadzona narracja i bardzo udane przejście z postaci na postać. Chociaż moim zdaniem Stone i Cath są zbyt podobne... Nie mam nic do podobieństw, ale tutaj jest to ewidentnie bliźniaczy charakterek głównej bohaterki :P
    Drażniąca mnie osoba to oczywiście dziadek 👴. Jak tak można?? Oczekiwać od wszystkich posłuszeństwa?? Nevermind (nwm czy dobrze napisałam...)
    Nie rozumiem koncepcji bieli w pokoju. Dlaczemu??? Mogli go zrobić pomarańczowym! Byłoby bardzo super xD
    Kolejna sprawa to "mały morderca" no kocham Cię ♥ ♥
    Jednak zajmijmy się treścią. Piękny opis wyspy, jakże cudownie ja sobie wyobrazić! A jabłonie? Daj mi takie jabłko 🍎!!!
    Bardzo nie odpowiada mi takie traktowanie rurek osoby bo... Jakby to powiedzieć... Co tak łagodnie?!?! Ona jest RUDA!!
    Tak poza tym to wszystko suuuuper nie licząc tych literówek :P
    Pozdrawiam serdecznie i życzę więcej talentu (bo przecież nie piszesz zajebiście i nie jest to opowiadanie które zmniejsza moja samoocenę pisarską - sarkazm tak bardzo) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tym, co przed chwilą od ciebie otrzymałam, to ja mam zmniejszoną samoocenę pisarską :P Chamie. Tamta historia powinna zostać wcielona do podręcznika od historii. Byłoby przynajmniej ciekawiej.
      Abi i Cath takie same? Może z pozoru. Po bliższym poznaniu zastanawiasz się, jakim cudem one się dogadują.
      Biel jest kolorem z reguły neutralnym, "czystym", nieskazitelnym. Ojciec Cassandry chciałby, żeby takie były ich relacje. I na "chceniu" się kończy.
      Za pozdrowienia dziękuję, za wszystkie literówki na priv też ♥

      Usuń
    2. O czym ty mówisz? jaki podręcznik od historii? Ciekawe co by było gdyby okazało się to prawdą ;) Z jakiego powodu masz zmniejszoną samoocenę? Co ja Ci zrobiłam?? :*

      Usuń
    3. No właśnie ja chcę żeby to była prawda! :') Nie no, ty mi nic nie zrobiłaś (jeszcze, z tobą nigdy nic nie wiadomo). :)

      Usuń
  4. Hej, nominowałyśmy Cię do LBA (: Mamy nadzieję, że nie masz nic przeciwko i znajdziesz czas, żeby odpowiedzieć na nasze pytania. Liczymy, że tak oraz że sprawi Ci to trochę frajdy ((:
    Lady i Gwiazda

    tutaj znajdziesz pytania:
    http://we-want-to-dream.blogspot.com/2016/09/liebster-blog-awards-2.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny rozdział, dobrze, że zajrzałem tu przed grudniem xd co do narracji 1os to jestem na tak bo bardziej ją lubię:3 czekam na więcej i jestem bardzo niecierpliwa więc proszę o coś we wrześniu :) życzę weny i czasu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, co do rozdziału we wrześniu - się zobaczy ;) Następny gdzieś około 30 września dopiero, muszę się wdrożyć w "szkole życie", bo na razie troszeczkę mnie to przytłacza.

      Usuń