czwartek, 15 września 2016

Rozdział 7

Witam, witam! ;)
Według mojego planu rozdział powinien pojawić się w zeszły weekend, ale trochę mi z nim zeszło. Cóż... Nie podoba mi się tak bardzo, jak końcówka poprzedniego, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, prawda? Zapraszam do czytania, nie będę już przynudzać. 
Tutaj jest najnowsze LBA: *klik* Zaczyna się od PART 2 :)

Ten post dedykuje Inferno, której wyobraźnia czasem mnie przeraża.



„Przyjaciel to ktoś, kto rozumie Twoją przeszłość, wierzy w Twoją przyszłość i akceptuje Ciebie takim, jakim jesteś.”



Nie-nie-nie-nie-NIE! To się nie dzieje naprawdę, to tylko sen, tylko zły sen…Ona żyje, stoi tam, używa jakiejś iluzji albo ja mam zwidy ze zmęczenia…
Nie mogłam się ruszyć. Smok właśnie przerabiał dziewczynę na popiół, a ja nie mogłam nawet się podnieść!
Rusz się, kretynko! Ziemia do mózgu Abigail, włącz się!
Tylko co mogłam zrobić?! Nie jestem jakimś herosem, obdarzonym niesamowitymi mocami, władzą nad powietrzem czy czymś takim! TACY LUDZIE NIE ISTNIEJĄ!
Mogłam więc tylko patrzeć i modlić się, żeby użyła różdżki i ochroniła się…
– Różdżka…! – powiedziałam do siebie, szukając jej trzęsącymi się dłońmi. – G-gdzie… g-gdzie on-ona jest?!
Jakiś czas temu moja matka zleciła krawcowej naszycie wąskich, długich kieszonek po wewnętrznej stronie moich sukienek. Wtedy wydawało mi się to idiotyczne, bo zwyczajnie ich nie noszę, ale teraz, gdy były mi potrzebne dziękowałam matce, że o tym pomyślała.
– Jest! – krzyknęłam, ściskając magiczny patyk w drżącej ręce.
Poczułam łzy zbierające się pod powiekami. To absurdalne, biorąc pod uwagę, że lepiej znam nawet rozpuszczoną Celine le Fay, niż tą całą Cath a niewiele brakowało, żebym rozpłakała się z jej powodu!
Powoli podniosłam się z klęczek, złapawszy się najbliższego świerku. Ten przeklęty jaszczur znowu zaryczał. Przylgnęłam do drzewa, modląc się o to, żeby ruszył zakuty w łuski zad i stąd odleciał.
– Zamknij paszczę, bo się zaknebluję, ty ogromny, zasrany, obrzydliwy morderco! – krzyknęłam, ocierając łzy płynące po policzkach.
Poczłapałam powoli w jego kierunku, dygocząc na całym ciele. Cały czas trzymałam obie ręce zaciśnięte na różdżce, mojej jedynej broni i tarczy. Bardzo, ale to bardzo nie chciałam patrzeć na zwęglone zwłoki świeżo poznanej dziewczyny. Nie kręcą mnie trupy, jeśli o to chodzi.
Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy usłyszałam cichy, dziewczęcy śmiech. Który na dodatek nie był moim śmiechem.
Podskoczyłam, zbyt przerażona, żeby spojrzeć w kierunku, z którego dochodził. I widocznie nie tylko ja, bo smok również osłupiał. Wydał z siebie słabe gadzie warknięcie, po czym przekrzywił łeb jak pisklak. Zapadła martwa cisza, przerywana skwierczeniem płomieni i tym przerażającym chichotem.
– To było zaskakujące, przyznaję – powiedział znajomy głos, który z każdym słowem robił się głośniejszy, pewniejszy i bardziej… rozbawiony. – Ale wiesz, że mnie nie spalisz, prawda? Skoro chcesz, to się pobawimy. Lubię zabawy z ogniem, wierz mi. Tylko innym razem, bo widzisz, jestem trochę zajęta. A TERAZ WRACASZ DO SIEBIE I TO JUŻ!
– C-c-cath? – wyjąkałam, opadając na kolana. – N-nie… to się nie dzieje naprawdę, mam zwidy, dosypali mi coś do płatków…
Ruda była w nienaruszonym stanie, jeśli nie liczyć tego, że z jednej strony miała lekko zwęglone końcówki włosów i ponadpalane rękawy. Z tej odległości widziałam ją bardzo dokładnie. Na początku jej dziwny wyraz twarzy, wrażający coś w rodzaju nostalgii, wydawał mi się straszny. A potem dostrzegłam jej czerwone, iskrzące się oczy. Wydała z siebie dziki wrzask i…
… posłała w kierunku smoka łańcuch purpurowych iskier. Tak po prostu. Bez różdżki, kostura, czegokolwiek. Machnęła ręką jakby odganiała owada.
Nie. Nie. To tylko sen, Abi, tylko sen…
Przebrzydła, zielona gadzina była tak samo przerażona jak ja. Kiedy iskry trafiły w niego, wspięły się po jego ogonie, przebiegły po kręgosłupie i błysnęły oślepiającym blaskiem, zmuszając mnie do zamknięcia oczu.
Gdy je otworzyłam, zobaczyłam wielkiego, potężnego smoka… w trakcie ataku paniki.
– To są jakieś kurwa żarty… – szepnęłam, zbyt poruszona, żeby wstać, żeby zrobić cokolwiek. – Ja pierdolę, w co ja znowu się wpakowałam…
Nagle, podczas rozglądania się za drogą ucieczki, smok mnie zauważył. Jego olbrzymie, gadzie oczy napotkały moje. Wymieniliśmy tak samo przestraszone spojrzenia.
Parsknęłam głośnym, wariackim śmiechem, gdy odleciał daleko w stronę gór. Trzepot jego skrzydeł wywołał ogromny hałas i silny wiatr, który zagasił większość płonących szczątków, jakie przebrzydła imitacja węża po sobie zostawiła.
– Muszę poćwiczyć zaklęcia ochronne – usłyszałam obojętny, nawet w najmniejszym stopniu nie przejęty głos. – Przebiła się przez barierę, przebiegła bestia…



Przyznaję, było gorąco jak w piekle. Smoczy oddech otoczył mnie ze wszystkich stron jak opary toksycznej substancji, duszący, drażniący płuca i oczy.
Zakasłałam, zasłaniając usta dłonią. W powietrzu uniósł się ledwo wyczuwalny zapach spalenizny. Zerknęłam na swoje włosy i natychmiast przyklepałam płonące końcówki dłonią, gasząc je. Wokół mnie zawirowało małe, szafirowe tornado stworzone z błękitnych ogników. Wir stopniowo się powiększał, ratując moje ubrania przed spaleniem się, gdy zaklęcia ochronne zaczęły wygasać. Odgrodzona od smoczej burzy ognia, zaśmiałam się w głos. Ta sytuacja powinna mnie przerażać, a wprawiła mnie w pewnego rodzaju melancholię.
To, co właśnie się działo było jednym z moich zadań na egzaminie jakieś dwa, trzy lata temu. Zamknięto mnie w sali treningowej, najpierw odpowiednio ją zabezpieczając, a następnie zaprószono ogień, który szybko przerodził się w ogromny pożar. W tym ćwiczeniu nie chodziło raczej o niebezpieczeństwo fizyczne, bo nie było mowy o tym, żeby płomienie były w stanie mnie uszkodzić. Trudnością było przekonanie własnego instynktu, że wszystko jest w porządku, mimo że nie ma nawet milimetra przestrzeni, która by nie płonęła.
Po chwili przerośnięta jaszczurka skończyła marne próby przerobienia mnie na przekąskę z grilla. Jego gorący oddech przerzedził się, a potem zupełnie zniknął, pozostawiając po sobie niezliczone ilości terenu spalonego aż do gołej ziemi.
Gad spojrzał na mnie, a w jego dziwnych, niepokojących oczach błysnął nikły ślad inteligencji, jaką zwykle odznaczają się smoki. Coś z nim było nie tak i nie chodziło tylko o rozlane, ruszające się źrenice.
Mimo tego, gdy spojrzał na mnie jak szczeniaczek na zepsutą zabawkę, zachichotałam.
Chyba mi odbija… Czeeekaj… czy ja dzisiaj nie mówiłam czegoś o pożarciu przez smoka?
Zaśmiałam się jeszcze głośnej, tłumiąc ochotę przyłożenia samej sobie za wykrakanie  czegoś takiego.
– To było zaskakujące, przyznaję. Ale wiesz, że mnie nie spalisz, prawda? Skoro chcesz, to się pobawimy – oznajmiłam wesołym tonem. – Lubię zabawy z ogniem, wierz mi. Tylko innym razem, bo widzisz, jestem trochę zajęta – przerwałam, żeby wziąć głęboki oddech. Mając już w myślach formułę silnego oszałamiacza, krzyknęłam: – A TERAZ WRACASZ DO SIEBIE I TO JUŻ!
Wrzasnęłam, wyrzucając z siebie wszystkie emocje, jakie zebrały się we mnie w ciągu całego tego zdecydowanie za długiego dnia i w myślach wypowiedziałam inkantację, przekształcając całą tę zbitkę wściekłości, bólu, zagubienia i zaskoczenia w moc służącą tylko w jednym celu: przerażenia bestii na tyle, żeby uciekła do mamusi z podkulony ogonem.
Zaklęcie trochę zboczyło z kursu, ale namierzyło swoją ofiarę i spisało się perfekcyjnie.
Silny podmuch wiatru wywołany przez odlatujące zwierzę prawie poderwał mnie do góry razem z kilkoma powalonymi drzewami, których czarne od sadzy odłamki latały w powietrzu wraz z pożółkłymi świerkowymi igłami i wysuszonymi na wiór liśćmi,  wpadając we wszystko, co spotkały na swojej drodze. Wydawało mi się, że słyszę czyjś śmiech, ale przecież nie było tam nikogo, oprócz mnie.
Potem było już po wszystkim. Pospolity Walijski stał się tylko oddalającą się niesamowicie szybko zieloną plamą.
Przeciągnęłam się i obojętnie ruszyłam przed siebie. Mam nadzieję, że ta cała Stone już wyszła z lasu…
– Muszę poćwiczyć zaklęcia ochronne – wymamrotałam pod nosem, ciągnąc za do połowy zwęglony kosmyk włosów. – Przebiła się przez barierę, przebiegła bestia…
Usłyszałam coś dziwnego i wiedziona przeczuciem spojrzałam w lewo. Wielkie, pociemniałe z przerażenia oczy świeciły się jak latarnie morskie. Niemal natychmiast skojarzyłam fakty i tym razem ja byłam autentycznie przerażona.
– Kurwa mać – wymsknęło mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język. – Nic ci nie jest?
Podeszłam do klęczącej dziewczyny, która wydawała się teraz dwa razy młodsza i jakaś… nieobecna. Zauważyłam jej zaczerwienione oczy i policzki, na których widać było ślady świeżych łez. Kucnęłam przy niej i chciałam dotknąć jej ramienia, ale ona odepchnęła moją dłoń.
Coś w jej postawie się zmieniło. Na twarzy pojawił się dziwny cień, gdy pochyliła głowę i szepnęła:
– Czy to, co widziałam jest w ogóle możliwe? Czy ty naprawdę…?
Jej głos był jałowy. Abigail bardzo skrupulatnie ukryła wszystkie swoje emocje.
Westchnęłam i usiadłam obok niej. Zapatrzyłam się na otaczające nas pobojowisko.
– Czasami sama zadaję sobie to pytanie – powiedziałam, ostrożnie dobierając słowa. W  głowie zapanował totalny mętlik, którego na razie nie miałam siły porządkować.
Dziewczyna chwyciła smętnie zwisające resztki czegoś, co kiedyś było warkoczykami i rozpuściła je, pozwalając włosom swobodnie opaść na jej ramiona.
– Jak się czujesz?
To pytanie było jednym z tych, które wypowiada się, gdy masz w zwyczaju szybciej mówić niż myśleć.
Odpowiedział mi cichy śmiech. Już wiem, dlaczego Alex tak się wzdrygał, gdy tak się zachowywałam – Abigail Stone sprawiała wrażenie ledwie trzymającej się rzeczywistości.
– A jak ty byś się czuła, gdyby ktoś pstryknięciem palców obalił prawa, na jakich opierał się twój świat i zachwiał nim w posadach, udowadniając, że to w co wierzyłaś przez lata było kłamstwem?
Odpowiedziałam jej śmiechem podobnym do tego jej sprzed chwili. Położyłam się na trawie, wpatrzona w zasnute burzowymi chmurami niebo.
– Można to zrobić jednym słowem, wiesz? – rzuciłam, gdy w myślach pojawiały się wszelkie możliwe konsekwencje tej niefortunnej sytuacji.
Zapadła cisza, przerywana tylko przez wiatr grający w koronach drzewa za naszymi plecami.
– Wymażesz mi pamięć? – odezwała się po dłuższej chwili, krzyżując ze mną spojrzenia. Szybko jednak zerwała kontakt wzrokowy, dodając: – Wyglądasz, jakby w twoich oczach coś wybuchło.
Odruchowo zasłoniłam twarz dłonią, spuszczając głowę.
– Nie chciałam cię wystraszyć. Teraz… i wcześniej – wykrztusiłam, czując rosnące poczucie winy. – Jak zwykle musiałam coś spieprzyć…
– No patrz, to tak jak ja – odpowiedziała mi szczerym, choć bardzo niepewnym uśmiechem. Nadal nie zbliżała się do mnie bliżej, niż na odległość wyciągniętej ręki. – Miałam się tylko przejść, a zaliczyłam zabawę w berka z przebrzydłą, zieloną gadziną, o paszczy większej niż ego Changa… a myślałam, że to niemożliwe.
Odwróciłam głowę w jej stronę i uśmiechnęłam się, słuchając uważnie.
– Przebrzydła zielona gadzina? – zapytałam. – Serio?
– Tak – rzekła Abigail tonem filozofa.  – Wyglądał na przebrzydłą, zieloną, ohydną gadzinę. A tobie nie?
– Bardziej na przerośniętą jaszczurkę z charakterem mojej ciotki.
Wybuchłyśmy śmiechem, niekoniecznie z powodu tego słabego żartu. Obydwie potrzebowałyśmy odstresowania, odpoczynku.
Jakby potwierdzając moje przemyślenia, Abigail opadła na trawę obok mnie, zamykając powieki.
– Nie boisz się mnie?
– Nie, już nie. Po przerośniętej jaszczurko-gadzinie nie spotka mnie dzisiaj nic gorszego.
– Nie zapominaj o powrocie do zamku.
Stone jęknęła i przewróciła się na brzuch, przeklinając niewybrednie z twarzą w trawie. Słysząc to, znowu się zaśmiałam, chociaż po dłuższej chwili zapiekły mnie uszy.
– Dobra, jestem gotowa – oznajmiła Abigail jakiś czas później. – Wytłumacz mi, o co w tym chodzi.
– Proszę?
– Kiedy ostatnio sprawdzałam, nie byłaś głucha! – wykrzyknęła Abigail, pełna entuzjazmu. – Czym ty właściwie jesteś? Demonem? Elfem? Żywiołakiem?
– Kimś niebezpiecznym – sprostowałam, podnosząc się z ziemi i otrzepując ubrania. – Skąd ta radość? Kiedy ostatnio sprawdzałam, byłaś trzeźwa.
Prychnęła głośno i też wstała. Po paru nieudanych próbach zrobienia czegokolwiek z porwaną kiecką, poddała się, wzruszając ramionami.
– Lubię wiedzieć – rzuciła, jakby było to oczywiste. – Jeszcze bardziej lubię obserwować.
Przyjrzałam się jej z zaciekawieniem.
– „Wiedzieć”, powiadasz – w kącikach moich ust zabłąkał się cyniczny grymas. – Co dokładnie wiedzieć?
– Żaden szanujący się koneser informacji nie sprzedaje ich za nic – odparła konspiracyjnym tonem. – Musisz się bardziej postarać, bo na razie trochę ci brakuje do „zaufanego klienta”.
– Szczególnie po tym jak rąbnęłam tobą o drzewo?
– Szczególnie.
Zaintrygowała mnie, przyznaję. Powiedzmy, że na razie się poddam. Powiedzmy. Lecz cały mój podziw zniknął, gdy wyjęła skądś pomiętą paczkę fajek i wsadziła sobie jedną z nich do ust.
– Chyba żartujesz – parsknęłam zaskoczona, wodząc wzrokiem od papierosa do jej jeszcze dziecinnej twarzy. – Ile ty masz lat? Dwanaście? Czternaście?
– Prawie piętnaście – odpowiedziała Stone, szukając czegoś w paczuszce zapałek. – Cholera, zgubiłam. Masz ogień?
Nie wiem, czy byłam bardziej zniesmaczona czy osłupiała. Stałam tak z rękami luźno zwisającymi przy ciele, zastanawiając się nad jej głupotą.
Abigail westchnęła i chwyciła mój nadgarstek. Przypadkiem przycisnęła jedną z pulsujących, złotawych żyłek. Skrzywiłam się i zacisnęłam powieki.
Boli!
– Wow! – usłyszałam, czując, że nadal nie puściła mojej ręki. – Jak ty to…?
Otworzyłam najpierw jedno, a potem drugie oko, patrząc na nią w połowie ze złością, w połowie z zaskoczeniem.
– Jak ty to…? – powtórzyłam za nią, wpatrując się w mały, złotawy płomyczek płonący na moich palcach.
Abigail wzruszyła ramionami i przystawiła papierosa do ognia, odpalając go.
– Zostaniesz moją żywą zapalniczką? – zapytała, po czym zaciągnęła się dymem.
– Brzmi jak oświadczyny – prychnęłam pogardliwie, wyrywając jej papierosa z ust. – Ale żeby zostać moją żoną musisz spełnić pewne warunki, bo się z tobą rozwiodę i znajdę sobie kochanka. Niekoniecznie w tej kolejności.
Zgniotłam niedopałek w dwóch palcach, ignorując nieprzyjemnie znajome uczucie przypalanej skóry.

W ciemnym pokoju powietrze jest gęste od papierosowego dymu. On wydaje się nim przesiąknięty, tak samo jak zapachem jej krwi.
– Jesteś bardzo oporna, słodziutka – mruczy Greyback, szturchając butem na wpół przytomne dziewczę, leżące w kałuży własnej posoki. Mokre od krwi włosy tworzą wokół niej czarną aureolę. – Nie wiesz, jak to się skończy? Oni po ciebie nie przyjdą. Spisali cię na straty. Nawet twoja przyjaciółeczka przestała o ciebie pytać. Zostałaś  s a m a.
Wilkołak kuca, uśmiechając się perfidnie. Łapie ją za skołtunione włosy i szarpie do góry, zmuszając do pokazania zapuchniętej twarzy. Ma paskudnie wyglądające cięte rany na całej jej powierzchni.
– Mówiłem, że zrobię z ciebie wilkołaka, pamiętasz, maskoteczko? – śmieje się gardłowo, a następnie zaciąga się resztką papierosa.  – Ale teraz wyglądasz jak tygrysek. Oj, tutaj coś ci zostało…
Poprawia uchwyt, łapiąc włosy przy samej nasadzie. Widząc ropiejącą ranę na wardze, przykłada do niej fajkę i dociska. Ochrypły wrzask odbija się echem od ścian domku.

Odruchowo przygryzłam wargę, gdy patrzyłam na zgniecionego papierosa.
– Nienawidzę ich – mruknęłam, spalając go w ciągu kilku sekund. Zwęglone resztki przesypały mi się przez palce.
Abigail z otwartymi ustami nieustannie wodziła wzrokiem ode mnie do czegoś, co kiedyś było fajką.
– Przypomnij mi, żeby cię nie denerwować – stwierdziła rozsądnie, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Umiesz wrócić do tego wielkiego, kamiennego straszydła?
– Mniej więcej – odparłam, wchodząc do lasu. – Dawno tędy nie chodziłam, jeśli mam być szczera. Ale nie traćmy czasu – pewnie się o ciebie martwią. Tylko, jeśli pozwolisz, zahaczymy przy okazji o jedno miejsce.


Gdy dobrą godzinę później dotarłyśmy do granicy rezerwatu, zamurowało mnie.
– Co, do cholery…
W miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się metalowa siatka, wyznaczająca widoczną dla ludzi granicę normalnego lasu, nie było nic. Dosłownie. Wśród wysokiego poszycia nie było z pozoru żadnych śladów tego, że kiedykolwiek coś tam stało.
– Jakby rozpłynęła się w powietrzu – wymamrotałam do siebie, podchodząc ostrożnie bliżej granicy.
– Co się rozpłynęło? – zapytała ciekawskim tonem Stone, rozglądając się dookoła. – Tu nic nie ma.
– Stój tam, gdzie stoisz – rozkazałam, patrząc na nią z przestrogą. – Jeden niewłaściwy krok, a resztki bariery mogą się aktywować i wyrzucić nas w powietrze bez ostrzeżenia.
– Okej, okej! – uniosła ręce w poddańczym geście. – Rób co chcesz, pani detektyw.
Z bliska ostrzegłam metaliczny błysk. Posłałam kolorowe iskry w kilku kierunkach, upewniając się, gdzie znajduje się pole siłowe.
Niektóre z migoczących światełek trafiły w cel, ujawniając połyskującą feerią barw, ogromną kopułę, w której ujrzałam gigantyczną, nierówną dziurę. Wyglądała, jakby ktoś próbował ją wysadzić. Już wiemy, którędy wydostał się pan Smoczuś.
Po krótkim rozpoznaniu znowu w oczy rzucił mi się dziwny błysk. Kucnęłam, żeby dokładniej się temu przyjrzeć.
Metaliczna substancja układała się w dość fikuśny kształt. Ostrożnie próbowałam zanurzyć palec w tej osobliwości, ale natrafiłam na opór.
– Abi, możesz podejść – powiedziałam, zachęcając ją gestem ręki. – Powiedz mi, co to jest?
– Yyy… – jęknęła, pochylając się nad moim ramieniem. – Wygląda jak…
–… stal? Ktoś ją rozpuścił. Wygląda na to, że teraz już zastygła.
Kiwnęła głową, marszcząc brwi.
– Byłaś tu wcześniej? – zapytała nagle.
Zerknęłam na nią, nieco zaskoczona.
– Nie – odparłam, szukając w kieszeni maleńkiego aparatu fotograficznego. Wyposażyli nas w prototypy, działające na zasadzie „magicznych baterii”. Ładowały się, gdy czarowało się w ich pobliżu. – Nie byłam tu od lat. Czemu pytasz?
Abigail obeszła znalezisko, wyraźnie czegoś szukając.
– Stal topi się tylko w bardzo wysokich temperaturach. A jeśli to nie był smok…
– To mogłabym to być ja? – podsunęłam. Nagle zauważyłam coś jeszcze dziwniejszego. – Przyjechałam dzisiaj, nie było szans. Spójrz, tam też coś jest!
Wskazałam palcem miejsce położone dosłownie w linii prostej od naszej metalicznej plamy. Tamten kształt wydawał mi się już bardziej znajomy. Jakby…
 Nagle mnie olśniło.
– To są runy! – oznajmiłam, teraz dostrzegając pewne podobieństwo. – Algiz, jako bariera powinien tu być… Ale reszta?
– Poszłam na Mugoloznawstwo – odrzekła Abi, splatając ręce na piersi. – Na mnie nie patrz, ja widzę tylko fikuśne znaczki.
– Spójrz tutaj – podeszłam do prawie niewidocznego, bo ukrytego pod liściem paproci znaku. – Ten, który wygląda jak „c” stworzone z dwóch kresek, to Kenaz. Oznacza ogień kontrolowany przez człowieka. A ten tu – ręką wskazałam kolejny, leżący trochę dalej – nazywa się…Pertho?
Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. W tym momencie  t a  runa nie zapowiada nic dobrego.
– Co oznacza ten? – zapytała zaciekawiona Abigail, pochylając się nad metalowym znakiem. –Wygląda jak przewrócony kubek.
– Nie ma jednego znaczenia, są różne interpretacje – odcięłam się, robiąc kilka zdjęć wszystkim tym znakom. Coś tu potężnie nie gra. – Wracamy. Odsuń się, rzucę kilka zaklęć ochronnych, ale i tak nie zdadzą się na długo.
Przeznaczenie. Runa przeznaczenia w środku lasu, przy stopionej siatce, na granicy rezerwatu? Muszę napisać do Mandy. Ona zna się na tym, jak mało kto. Może chociaż jedna sprawa rozwiąże się sama.


Doprowadziłam Abigail pod same wrota zamku, po drodze prowadząc z nią długą i nieprowadzącą donikąd rozmowę. Szczerze powiedziawszy, na większość pytań odpowiadałam wymijająco:
– Mieszkasz tutaj?
– Zdarza się.
– Jak mnie wtedy znalazłaś? No wiesz, kiedy jeszcze uciekałam? Jakiś kolejny zajebisty talent?
– Przypadek.
– Uczą was tego czy z tym się rodzicie? Ty od dzieciństwa robisz za zapalniczkę?
– Nie robię za zapalniczkę!
– Kim ty w ogóle jesteś? Jakimś badaczem? A może szpiegiem?
Tutaj przystanęłam, zaskoczona trafnością jej pytania. Ale zamiast odpowiedzieć, złapałam ją za ramię i zmusiłam do popatrzenia w oczy.
– To, co się tam stało, musi pozostać tajemnicą – powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Gdyby ktokolwiek się dowiedział, że mnie widziałaś, obydwie wpadłybyśmy po uszy w niezłe gówno, rozumiesz?
– Czyli jednak szpieg – usta Stone wykrzywiły się w cynicznym uśmieszku, wywołując u mnie silną irytację. – Wyluzuj, ruda. Lubię być żywa, jeśli o to chodzi. W szkole całkiem nieźle się bawię, nawet Obronę jestem w stanie znieść. A coś czuję, że mówiąc „gówno” masz na myśli coś, czym zajmują się ci z wyższych stołków.
Westchnęłam. Ta dziewczyna jest stanowo zbyt bystra jak na swój wiek.
– Jesteś Krukonką? – zapytałam, zbaczając z tematu.
– Ślizgonką – sprostowała, wypinając dumnie pierś. – „A przebiegły jak wąż Slytherin wspiera żądnych władzy i ambitnych”.
– Mogłam się tego spodziewać – mruknęłam, garbiąc się. Jak zwykle całe życie otaczają mnie  węże. – Który rok?
– Czwarty.
– Żartujesz? – prychnęłam, stukając do ogromnych drzwi specjalną kołatką, przypominającą kruczy łeb. Nie wygląda optymistycznie. –  I już palisz?
– Rzadko mi się zdarza – odparowała, opierając się plecami o kamienną ścianę i splatając ręce na piersi. – Każdy z nas popełnia błędy, czyż nie, panno Jestem-Dyskretna?
Posłałam jej spojrzenie pełne irytacji, choć wiem, że po części miała rację.
– To i tak cię nie uspr-
Drzwi otworzyły się z głośnym piskiem starych zawiasów. Abigail wzrokiem przesłała mi wiadomość o treści: „Zamknij się, idiotko”, co niestety musiałam zrobić. Poruszyłam sugestywnie brwiami i zrobiłam minę w stylu: „Jeszcze do tego wrócimy”.
Szlag, zaczynam przypominać Alexa.
– Na wyjące ghule! Jak wy wyglądacie!
Drzwi otworzył nikt inny, jak moja mateczka i ciotka Astoria, próbująca bezskutecznie zerknąć przez jej ramię.
– Cassandro, coś znów zrobiła?!
Jak zwykle subtelnie, mamusiu, jak zwykle subtelnie…
– Cassandro? – powtórzyła po niej zaskoczona Stone, unosząc jedną brew.
– Dlaczego miałaby to być moja wina? – warknęłam, ignorując pytające spojrzenie czternastolatki. – Ja tylko starałam się pomóc!
– Już widzę tą twoją pomoc! – syknęła tonem ociekającym jadem.
– Powinnaś zatrudnić się w aptece – podsunęłam, niebezpiecznie zniżając głos. – Podobno jest coraz większe zapotrzebowanie na jad żmii, w przeciwieństwie do tych twoich zakurzonych rolek papieru toaletowego. To dopiero byłaby  p o m o c.
– Cassandro le Fay, nie pyskuj mi tutaj! – krzyknęła, pocierając zaczerwienione ze złości policzki. – Nie będziemy poruszać tego tematu przy gościach. Abigail, chodź proszę za mną. Nic ci nie jest, kochanie?
Stone wpatrywała się we mnie z rosnącym niedowierzaniem, ale poszła posłusznie za moją matką w głąb posiadłości, przy okazji witając się z Astorią.
– Trochę przesadziłaś – wtrąciła się cicho pani Malfoy, cmokając z dezaprobatą. – Wlazłaś jej na ambicje, Cathy.
– Dajcie mi wszyscy święty spokój – wycedziłam, mijając Torię w drzwiach wejściowych. – Idę do  s i e b i e!



Gdy tylko zamknęła drzwi od sypialni na klucz, rozległ się pierwszy, silny grzmot. Zaraz po nim deszcz runął z nieba jedną, zwartą kaskadą.
Pogoda pasuje do mojego nastroju, przeszło mi przez myśl, gdy szukałam pergaminu do napisania listu. Mandy, mam nadzieje, że twoje umiejętności nareszcie przydadzą się w czymś poza egzaminami z języków martwych.
Po napisaniu listu wyjęłam pierwszą lepszą książkę z biblioteczki. Opadłam na pościel, zamknęłam oczy i westchnęłam:
– A teraz, ty tam na górze, jeśli w ogóle istniejesz, chcę spokoju – oznajmiłam, ciężko wzdychając. – Ale najpierw zetniemy spalone końcówki.
Jakąś godzinę, może dwie później do drzwi sypialni ktoś cicho zapukał. Włożyłam zakładkę do książki i sturlałam się z łóżka na podłogę.
– Chwilka! – krzyknęłam. – Zaraz otworzę!
Zgarnęłam kluczyk z szafki nocnej, przy okazji kładąc na jego miejscu niedokończoną lekturę. Podeszłam do drzwi i przekręciłam klucz w zamku. Do pokoju nieśmiało zajrzała mokra głowa Abigail Stone, puszczając mi perskie oczko.
– Pewnie się za mną stęskniłaś, co, rudzielcu?
Odpowiedziałam jej uniesieniem jednej brwi.
– Myślałam, że już wróciłaś do siebie – odparłam, odwracając się do niej bokiem. – Czego chcesz?
– Pfff! – prychnęła jak kotka, wkroczywszy do pokoju. Miała na sobie białą, luźną bluzkę i czarne rurki. Skąd to wytrzasnęła? – Jesteś cholernie gościnna. Czuję się zaszczycona, że mój szlachetny tyłek jeszcze nie wylądował na schodach.
– Skoro tak ładnie prosisz, to zaraz wyląduje – odpowiedziałam, wracając do przerwanego zajęcia. – Mów szybko, mam jeszcze przed sobą kilka godzin słodkiego lenistwa, które chciałabym spędzić w  s a m o t n o ś c i.
– Więc powiem prosto z mostu: okłamałaś mnie – rzuciła oskarżycielsko, kładąc dłonie na biodrach. – Co więcej, jakim cudem nie wiedziałam o twoim istnieniu? Gazety średnio raz na tydzień piszą coś o waszej rodzinie.
Walnęłam się na łóżko, nawet na nią nie spojrzawszy.
– Bo dla waszego świata ktoś taki jak ja nie istnieje, czyż nie? – odpowiedziałam pytaniem, sięgając po książkę. – Pamiętasz, jak zareagowałaś na to, co robię? Ludzie tacy jak ja dla społeczeństwa są legendami, równie nierealnymi co sny.
– Ale… jesteś dziedziczką! – nie poddawała się Stone. – Jak mogli o tobie zapomnieć?
Nie odpowiedziałam, zaczynając nowy akapit. „Wskoczyłam do jeepa…”
– Oni nie zapomnieli – wymamrotałam beznamiętnie. – I na tym zakończmy. A teraz, jeśli nic już…
– Jesteś niemożliwa – warknęła Abigail, opierając się o jedną z kolumienek łóżka. –  Do jasnej cholery, przecież prawie zginęłaś na moich oczach! To łączy ludzi, nie sądzisz?
– A ty jesteś upierdliwa – mruknęłam, po raz trzeci czytając ten sam krótki fragment, na którym nie potrafiłam się skupić. – Przeszkadzasz.
– O nie, tak się nie bawimy – stwierdziła, wyrywając mi książkę z dłoni i zamykając ją z trzaskiem.
– Oddawaj! Nie wiem, gdzie skończyłam! – skoczyłam w jej kierunku, chcąc odzyskać swoją własność.
Abigail zjechała mnie wzrokiem mówiącym: „Jesteś pierdolnięta” i odsunęła się o krok do tyłu. Gdy na nią patrzyłam, na usta cisnęły mi się niewybredne przekleństwa.
– Układ jest prosty – oznajmiła, opadając na łóżko tuż obok mnie. – Albo mi powiesz, co jest grane, albo ja zapytam o to twojego ojca.
Zamarłam, w głowie już mając obraz tego, co się wtedy stanie. Krew w moich żyłach zdawała się zmieniać w lód.
– Nie zrobisz tego – powiedziałam, starannie dobierając słowa. – Wnikanie w sprawy Ministerstwa to nie jest dobry pomysł, wiesz?
Abi wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Przypominała mi w tym momencie Szalonego Kapelusznika.
– Jeśli powiem, że nie mam właściwie nic do stracenia, to się zdziwisz? – odparła, mrugając do mnie porozumiewawczo. – To jak? Bo pan le Fay jest jeszcze w zamku, więc…
Opcje były dwie – pierwsza to powiedzenie części niegroźnej prawdy tej małej wywłoce i niewielkie prawdopodobieństwo, że ktoś jeszcze się o tym dowie; druga zakładała to, że Stone poleci do mojego tatusia, a on o wszystkim opowie dowodzącym, w rezultacie czego moja „druga szansa” przepadnie na wieki, a mnie powita pokój bez klamek.
Czy wybór nie był oczywisty?
Nie, nie był.
Pytanie, czy mogłam sobie pozwolić na bycie egoistką.
– Zgoda – westchnęłam, wymieniając z nią uścisk dłoni. Już wtedy wiedziałam, że to będzie miała swoje konsekwencje.
– Swoją drogą, dziwnie masz w tym pokoju…Jakoś tak… inaczej… A, w ogóle, co tam czytasz…?



Wakacje mijały mi monotonnie. Wstać, ogarnąć się, odebrać pocztę, zjeść, wyjść na plaże/do lasu/gdziekolwiek, gdzie nie ma Celine, wrócić na kolację, zjeść, odpisać na listy i iść spać.
Mandy wysłała odpowiedź niemal tydzień po tamtym incydencie, nie mając dla mnie dobrych wieści:

(..)Niestety, pomimo wielu prób i przekopania się przez większość dostępnych książek, nie znalazłam nic o przypadkach wykorzystywania takiej kombinacji run. Ostatnie zapiski na ten temat pochodzą mniej więcej z wczesnego średniowiecza, ale są tak pogmatwane i niekonkretne, że wątpię, żebyśmy czegoś się z nich dowiedziały.
Przysłaliśmy już do was niewielką grupkę osób, był tam nawet ten twój kolega z klasy, Halt, ale nie znaleźli nic nowego. Załatali barierę razem z paroma magami przestrzeni. Nie musisz się teraz martwić o to, że jakiś gad będzie chciał bawić się z tobą chowanego. ()

W międzyczasie na głowę zwalała mi się Abigail, którą zaczęłam nazywać „Abi”. Było po prostu krócej.
Prawdą pozostawał fakt, że dobrze czułam się w towarzystwie tej złośliwej siksy. Choć każda fajka, jaką próbowała zapalić w moim towarzystwie magicznie zmieniała się w popiół, ale ja przecież nie miałam z tym nic wspólnego!
– Coś czuję, że Tiara będzie miała z tobą problem – powiedziała kiedyś Abi, siedząc na balkonie mojego pokoju. – Jesteś leniwa, wredna, za mało ambitna, nie masz za grosz poczucia sprawiedliwości… W sumie to Ravenclaw też cię nie będzie chciał, bo pakujesz się w kłopoty zamiast się uczyć.
– Lubię się uczyć – zaprotestowałam, przerzucając nogi pomiędzy kolumienkami balkonowej barierki i wesoło majdając nimi w powietrzu. – Tylko nie przepadam za wkuwaniem teorii. Ćwiczenie zaklęć w praktyce jest świetne. I Historia Magii…
– Hahah! – ryknęła śmiechem Abigail. – Żar… tujesz…?!
– Co? Powiedziałam coś nie tak? – zamrugałam zdziwiona. Znaczy, nie każdy lubi ten przedmiot, ale bez przesady.
– Profesor… Binns…– wykrztusiła, próbując złapać oddech. Klepnęłam ją w plecy tak mocno, że od razu się wyprostowała. Otarła łezkę z kącika oka i odparła: – Pan profesor  n a  p e w n o przypadnie ci do gustu.
Poza kilkoma epizodami, w których dla jej dobra musiała ją okłamywać, starałam się być z nią szczera. Mówiąc między nami, bardzo mi tego brakowało.
– Dlaczego mugole? – zapytała, gdy opowiadałam jej o moich wypadach poza Instytut. – Kumplowałaś się z mugolskimi nastolatkami?
Na samo wspomnienie uśmiechnęłam się pod nosem.
– Była ich tylko trójka – odparłam, wspominając ich śmiech, gdy próbowałam obsługiwać telefon komórkowy. – Myśleli, że przyjechałam do dziadków, a w domu rodzice są konserwatywnymi amiszami.
– Kim? – zmarszczyła się Abigail.
– Amiszami – powtórzyłam, wytężając pamięć. – To jakaś mugolska fanaberia. Nie używają tego… no… prądu! Tak, odrzucają „zdobycze techniki”.
– I uwierzyli ci? – zachichotała dziewczyna, niedowierzając. – Nie pytali o szczegóły?
– Po tym, jak nauczyli mnie korzystać z internetu w publicznej bibliotece, znalazłam tam wszystko na ten temat – odpowiedziałam, śmiejąc się. – Parę razy doprowadziłam do… zerwania? Tak, chyba zerwania sieci. Natalie, jedna z niemagów, powiedziała wtedy, że „wywaliło korki”, czy coś w tym stylu.
– Magia tak działa – wytłumaczyła mi Stone, nie wiedząc, że praktycznie powtarza to, o czym mówił nam kiedyś Harry Potter. – Gdy czarodziej roztacza wokół siebie bardzo silną aurę magiczną, powoduje zwarcia tych ich urządzenia na prąd, przez co te pudła zaczynają wariować. Podobno już szukają jakiś rozwiązań, żeby pogodzić mugolskie urządzenia z naszym światem, ale wątpię, żeby im się udało.




Budzik zadzwonił stanowczo za wcześnie. Nieprzytomna próbowałam wymacać go spośród rzeczy zawalających moją szafkę nocną. Głośny trzask uświadomił mi, że zegarek zaliczył bliskie spotkanie z podłogą.
Nie wiem jak w takim stanie zeszłam po schodach, ale udało mi się.
W łazienkowym lustrze spojrzała na mnie twarz z ogromnymi cieniami pod oczami, zdradzającymi prawie nieprzespaną noc.
– Pieprzone koszmary – wymamrotałam, ochlapując ją zimną wodą. – Ciekawe, co to było tym razem…
Przez ostatni tydzień prawie co noc budziłam się z krzykiem, rozdygotana i zdezorientowana. Nie pamiętałam prawie nic z tych tak przerażających snów, które wraz z wschodem słońca uciekały z mojej głowy.

Wpadam do sali balowej, drzwi z impetem otwierają się przede mną.
– Nie! – krzyczę, padając na kolana obok dygoczącego ciała młodej blondynki. – Siostro…? Siostro!
Gorące łzy płyną po moich policzkach.
Mężczyzna w podeszłym wieku wyłania się zza jednej z kolumn. Jego twarz nie wyraża kompletnie nic. Długa, srebrzysta broda wydaje się iskrzyć.
– To już koniec, ... – mówi. Imię, które wypowiada na koniec nie dociera do mnie, jakby napotykało ścianę.
Przytulam do siebie trupa, odgarniając jej z czoła blond kosmyki.
Patrzę na mężczyznę płonącym z wściekłości wzrokiem. „A może to nie tylko wściekłość?”
– Mylisz się – odpowiadam, powstrzymując szloch. – To dopiero początek!
Przyciskam ciało do piersi. Patrzą na mnie martwe oczy jedynej osoby, która we mnie wierzyła.
– Nie, to nie jest prawda… Siostro… Nie może być… NIE!
Wrzask, jak wydobywa się z mojego gardła sprawia, że szyby w oknach rozsypują się w drobny mak.

To ostatnie kilka sekund zanim zerwałam się z łóżka zalana potem. Jedynym plusem mieszkania w tamtej wieży był fakt, że nikogo nie obudziłam.
Weszłam pod prysznic i pozwoliłam, żeby ciepła woda spłukała ze mnie resztki snu. Gdy wyszłam z kabiny, nie pamiętałam już kompletnie nic.
Po wejściu do jadali przywitała mnie uprzejma cisza. Przy stole siedzieli tylko dziadek Gordon i babcia Fiona. Rodzice poszli do pracy, w końcu był to zwykły czwartek.
– Dzień dobry – rzuciła uprzejmie babcia znad filiżanki czarnej, parującej kawy. – Jak spałaś?
Wsunęłam się na krzesło obok niej i odpowiedziałam obojętnie:
– Niezbyt dobrze.
Dziadek spojrzał na mnie, wycierając usta serwetką.
– Słyszałem – odparł, wprawiając mnie w zakłopotanie. – Coś w związku z…t a m t y m incydentem?
Jego ton zasugerował, że dla niego ta sprawa jest równie krępująca. W domu starano się wyprzeć myśl, że miałam styczność ze Śmierciożercami.
– Mhm-mm – skłamałam, nakładając sobie najmniejszy tost z serem, jaki udało mi się znaleźć. – Nie wracajmy do tego, proszę.
Ledwie włożyłam kęs jedzenia do ust, a zrobiło mi się potwornie niedobrze. Przełknęłam szybko i niezbyt delikatnie odłożyłam sztućce.
– Przepraszam, ale nie dam rady nic zjeść – wyksztusiłam, gwałtownie wstając od stołu. Pobiegłam w stronę drzwi prowadzących na zewnątrz, nawet się nie odwracając.
Wyszłam drzwiami prowadzącymi do ogrodu, znajdującym się koło fontanny. Dopiero gdy zaczerpnęłam świeżego powietrza uświadomiłam sobie, jak źle się czułam. Pusty żołądek głośno upominał się o swoje.
Zdecyduj się – albo wymiotujesz, albo jesz, pomyślałam i zatkałam dłonią usta.
Jako, że na sobie miałam krótki rękawek, zaraz zrobiło mi się zimno.
– Przeklęte angielskie lato – psioczyłam, obejmując się ramionami. – Czy na tej wyspie nigdy nie świeci słońce?
Pomimo zimna usiadłam przy śliskiej, kamiennej ścianie zamku, łapczywie nabierając powietrza w płuca. Tak było po każdym z tych snów – nie mogłam jeść, spać, nawet normalnie myśleć. Za wszelką cenę chciałam przypomnieć sobie coś więcej, ale nie dawałam rady. Jakby mój mózg automatycznie wypierał takie rzeczy.
Z nudów porozglądałam się po ogrodzie, który był właściwie małym parkiem. W związku z tym, że na upartego zamek można było wpisać w plan ogromnego prostokąta, w środku zostało trochę pustej przestrzeni. Babcia Fiona z chęcią ją zagospodarowała, tworząc piękny ogród w stylu angielskim. Brukowane ścieżynki, niemalże dziko rosnący żywopłot, osobliwe rabaty z dzwonkami, wrzosem, daliami, kolorowym krwawnikiem i jeszcze kilkunastoma gatunkami, których nazw nie znałam.
Sama fontanna została dobrze ukryta w kącie ogrodu, otoczona przez avalońskie jabłonki. Była niewielka, ale zapierała dech w piersiach.
W środku okrągłego baseniku, na trzypiętrowym podwyższeniu stały cztery kobiety, zwrócone do siebie plecami. Każda z nich była inna, inaczej przedstawiona, ubrana, każda posiadała też coś wyjątkowego, coś, co odróżniało ją od innych – atrybut. Mama lubiła nazywać je „Czterema Muzami Avalonu”. Nazwa zdecydowanie do nich pasowała.
Pierwsza z nich, niziutka ale bardzo kobieca, miała długie do ziemi włosy. Wyrzeźbiono ją z zamkniętymi oczami, a drobne dłonie otaczały rękojeść ogromnego miecza, który był prawie tak duży jak dziewczyna. Skóra Pierwszej była dziwna, przypominała… łuski?
Druga była nieco wyższa, jej wzrost określić można jako średni. Jej oczy były lekko przymknięte, proste włosy sięgały do ramion. W dłoniach trzymała otwartą, opasłą księgę, tytuł tomiska zasłaniały jej długie palce. Ładną buzię posągu pokrywały rysy, jakby ktoś dawno temu próbował go zniszczyć.
Trzecia była niewiele wyższa od Drugiej, za to jej postawa wyglądała zupełnie odmiennie. Druga była pochylona na książką, za to Trzecia stała dumnie wyprostowana. W jej wyprostowanych plecach widać coś szlachetnego, jakby rzeźbiarz chciał zaznaczyć pochodzenie kobiety. Włosy spięte w misterny kok wyglądały jak prawdziwe – zaznaczony został każdy, nawet najdrobniejszy detal, drobne pasemka, które uciekły z fryzury, niewielkie warkoczyki i spinki. Jednak nie to zwraca największą uwagę widza. Trzecia jest elementalistką – nad smukłą dłonią unosiła się kula prawdziwej wody. „Nawet fontanna jest tu zaczarowana…” Twarz czarodziejki wykrzywia uśmieszek, wyrażający jednocześnie wszystko i nic.
Najmroczniejszą postacią wydawała się jednak Czwarta. Najwyższa spośród Muz, na ramiona miała zarzuconą pelerynę, a kaptur założony jej przez autora dzieła zasłaniał niemal całą  twarz. Atrybut Czwartej był najdziwniejszy ze wszystkich – to coś w rodzaju probówki, którą unosiła wysoko do góry, jakby pokazywała ją światu, jednocześnie sama chowając się w cieniu.  Z głębi kaptura wyłaniały się jedynie jej wąskie usta, delikatnie rozchylone w niemym zdziwieniu.
W środku fontanny tryskał gejzer krystalicznie czystej wody, do którego każda z kobiet była odwrócona plecami.
– Cassie! – głośny krzyk wyrwał mnie ze stanu odrętwienia. Sądząc po zdrobnieniu, to była mama. Tylko ona jeszcze się nie poddała.
Nawet się nie ruszyłam. Już dawno przestałam ją poprawiać, teraz czekałam jedynie, aż jej się znudzi.
– Cassandro le Fay! – zawołała ponownie, a ja dalej ją ignorowałam. Przymknęłam powieki, ciężko wzdychając i zaczęłam bezmyślnie skubać listki żywopłotu.
Pulsujący ból w skroni oznajmił, że ktoś wkrada się do mojego umysłu. Poczułam jednak znajomą obecność, więc odsłoniła się nieco.

Cath, rusz dupę.. Twoja matka myśli, że jestem twoim chłopakiem.

Czekaj, c o? Alex?

Nie, słyszysz głosy. RUSZ SIĘ. Ona chce cię ze mną zeswatać, jeśli jeszcze nie zrobiłem „pierwszego kroku”.

Natychmiast więc odpowiedziałam matce:
Cath jest w ogrodzie! Cath nie będzie reagować, dopóki nie zaczniesz nazywać jej p o i m i e n i u!



– O.
Tak można odpowiedzieć, gdy widzi się swojego najlepszego przyjaciela ubranego w mugolskie ubrania i matkę w tradycyjnej szacie, którzy udają, że pomiędzy nimi wcale nie panuje niezręczna cisza.
– Ty nie miałaś być czasem w pracy? – rzuciłam mało inteligentnie, mierząc ich wzrokiem.
– Tak, miałam być – odparła, po czym zwróciła się w kierunku Blake’a z nienagannym uśmiechem. – Twój przełożony zatrzymał mnie jednak i wyjaśnił, że to on zabiera cię dzisiaj na Pokątną.
– O – powtórzyłam, przekrzywiając głowę jak nierozumny szczeniak. – Mój  p r z e ł o ż o n y.
– Pani wybaczy, pani le Fay, ale niestety czas nas nagli – oznajmił Alex, odpowiadając jej skinieniem głowy. – Cassandra ma teraz wiele rzeczy do zrobienia, więc musimy już…
– Oczywiście! – zawołała mama, nieco przytomniejąc. – Tak, proszę tędy, kominkiem w biurze mojego męża na pewno dostaniecie się na Pokątną…

6 komentarzy:

  1. Czytam, czytam, czytam i widzę że to dla mnie! :3 Dziękuję bardzo. Jak na Ciebie błędów jest za dużo, moje ty zapracowane, utalentowane biedactwo :*
    Tradycyjnie czytam to w środku nocy i nie rozumiem dlaczego takie dobre rozdziały (opowiadania, części, famfiki) znajduje nocą.
    Piękna fontanna, oczywiście postać numer 3 bardzo kojarzy mi się z Majeną (Hue Hue) ale i tak cudna ta fontanna. Znów pokazałaś swój epicki dar do opisów! Oczywiście fontanna z Voldemortem i tak jest najpiękniejsza (ta twojego autorstwa). Nadal, ciągle i bez końca będę powtarzać, że nie lubię HP, raz jedyny wspomniałaś jego imię w tym rozdziale i chciałem to wyłączyć, ale cieszę się, że zostałam do końca. Podoba mi się relacja Abi z Cath, ale czekam na fohy :D
    Cudownie, że znów widzę Alexa!! <3 Rozdział cudowny jak zawsze! Życzę weny!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, dla Ciebie, bo tak jakoś wyszło.
      Jestem padnięta, bo druga klasa była, jest i będzie najgorszą. Błędów wyjątkowo nie sprawdzałam, jak będę miała trochę luzu to coś wykminię w tym temacie.
      Trzecia nie jest jak Majena, (a przynajmniej mam taką szczerą nadzieję) bo Trzecia to... Trzecia. Wszystko w swoim czasie :*
      Bez przesady, po prostu wyobraźnia przestrzenna i tyle. A Harry Potter bez Harry'ego Pottera... No po prostu się nie da. Poza tym, ten jest nawet zjadliwy, czyż nie? :')
      Dzięki, będzie i czas na fochy xD
      Pozdrawiam,
      Strom

      Usuń
  2. Cześć moja ulubiona autorko, nie wiem jakim cudem ja tego jeszcze nie skomentowałam, ale pamiętam, że czytałam. Spróbuję się pozbierać w sobie i w końcu coś napisać, bo powracam do blogosfery małymi kroczkami.
    W wolnej chwili zapraszam do mnie na nowości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma problemu i tak następny rozdział będzie dopiero w listopadzie, bo mam teraz po 4 testy tygodniowo i ogólnie troche zawaliłam szkołę + muszę napisać opowiadanie na konkurs :/
      Z niecierpliwością czekam na twój komentarz, moja ulubiona czytelniczko :*
      Stron

      Usuń
    2. Kiedy nowy rozdział? Nie mogę się doczekać, pozdrawiam!

      Usuń
    3. Chwilowo zdycham w domku na grypę, więc przy okazji go kończę ;) Trochę przesadziłam w tym miesiącu i mam pewne problemy zdrowotne :/ Ale obiecuje - będzie w tym roku! :') (miesiącu również)

      Usuń