wtorek, 21 marca 2017

Rozdział 8





Łatwo o zgodność w sprawach, które nas nie przejmują.



– Powiesz mi może o co chodzi? Teraz.
Wyszliśmy z kominka w Dziurowym Kotle, odprowadzani kilkoma nic nieznaczącymi spojrzeniami. O dziesiątej rano w barze nie było zbyt wielu klientów, szczególnie, że był to czwartek, dzień pracujący.
Chwilę przed wyjściem na tyły Kotła zwinęłam z blatu sfatygowany, ale dzisiejszy egzemplarz Proroka Codziennego, po czym wcisnęłam go do obszernej, sportowej torby, którą ze sobą wzięłam.
– Od czego by tu zacząć…? – mruknął do siebie Alex Blake, wsadzając ręce do kieszeni spodni.
– Najlepiej od początku – burknęłam, dochodząc do ceglanej ściany. – Znasz kod?
– No pewnie. Byłem tu w zeszłym tygodniu – odparł, stukając w odpowiednie cegiełki. – Helen i Jasper musieli mnie oprowadzić, żebym cię przypadkiem nie zgubił.
Mur rozstąpił się przed nami, pokazując kolorową ulicę Pokątną. Cudem nie była przepełniona po brzegi, tak jak przed dwoma tygodniami, kiedy to ojciec zabrał mnie ze sobą do „naszego” sklepu z miotłami. Zawiązaliśmy zmowę milczenia – przez ponad dwie godziny swobodnie robić zakupy plus zabrać kilka rzeczy z zaplecza jeśli nie odezwę się nawet słowem, podczas gdy on przeprowadzał jakąś kontrolę jakości.
Krzykliwe, tajemnicze, ciekawe, znajome, nowe – wieloma słowami można było opisać witryny dziesiątek sklepów, jakie znajdowały się na tej alei. Czarodzieje w szpiczastych tiarach i długich szatach to znikali, to pojawiali się w drzwiach lokali, obładowani tobołkami. Gdzieniegdzie widziałam dzieciaki i nastolatków, którzy także robili zakupy na nowy rok szkolny.
Westchnęłam, gdy stanęliśmy w krótkim wężyku kolejki do kasy w małej magicznej aptece.
–  No więc…? – zachęciłam przyjaciela do rozpoczęcia swojej opowieści, szukając w torbie listy zakupów.
– No więc… – rzucił i znów się zaciął. Wyglądał, jakby bił się z myślami. – Ech… Wiem, co się stało na twoim egzaminie.
– To ci dopiero niespodzianka! To wcale nie tak, że napisałam ci prawie dwu i pół stopowy list, którego połowę stanowiła emocjonalna papka i trochę tego, co udało mi się wyciągnąć od Jaspera. Ciekawe, o czym była ta druga…?
Napisałam mu. Taaaak, napisałam, że zawaliłam. I jak zwykle moja wersja była mniej obfita w szczegóły niż to, co widzieli inni.
– To co naprawdę się stało, Cath – westchnął, jakby zmęczony moją postawą. – Czy ty kiedykolwiek przestaniesz mnie okłamywać?
– Taki odruch – odparłam, spuszczając wzrok. – Poza tym, ja cię nie okłamałam tylko ukryłam kilka drobnych, nic nie zaczący-…
Nic nie znaczących szczegółów, tak? – warknął, robiąc srogą minę. – Takich jak na przykład to, że coś znowu wymknęło ci się z pod kontroli?
Kto by pomyślał, że na tak ogromnej ulicy jak ta można czuć się klaustrofobicznie. Zrobiło mi się zwyczajnie głupio.
– Przepraszam – mruknęłam, zerkając na niego nieśmiało. – Nie mam ochoty się kłócić, daruj mi to tym razem. Wykłóciłam się już wystarczająco przez ten miesiąc.
Posłałam mu krzywy uśmiech i wyjęłam listę zakupów. Rozłożyłam rolkę pergaminu, która rozwinięta sięgała mi do uda. I to tylko tych do apteki. Alex zaśmiał się, widząc moją minę.
– Mnie to mówisz? – parsknął, kręcąc głową i wyjmując mi kartkę z rąk. – Chciałem chociaż spróbować dogadać się z Leą. Zgadnij – jak mi poszło?
– Hmm-mm – mruknęłam i udałam, że muszę się nad tym długo zastanowić. – Źle? Beznadziejnie? Okropny, Nędzny, Troll?
– Nędzny – sprostował, wywracając oczami. – Cieszę się, że we mnie wierzysz.
Skłoniłam się przed nim dworsko.
– Cała przyjemność po mojej stronie. Ty i twoja siostra, ciekawa próba zmiany tematu – Podeszłam do ekspedientki o fioletowych włosach, która już trzymała w ręku listę otrzymaną od Alexa. – Niech pani zacznie od góry, proszę.
– Dobrze – powiedziała młoda sprzedawczyni, mająca na oko dwa lata więcej niż ja. Przyjrzała mi się nieco zbyt uważnie, co wzbudziło we mnie podejrzenia.
Posłałam jej trochę wymuszony uśmiech i zapytałam:
– Coś nie tak?
Odwróciła się do mnie tyłem, odmierzając odpowiednią ilość figi abisyńskiej i kładąc ją na wadze.
– Zastanawiam się, czy widziała już pani najnowszego Proroka Codziennego – odparła miękko, z delikatnym egzotycznym akcentem. Dopiero gdy się odwróciła zobaczyłam jej lekko skośne oczy i typowo azjatyckie rysy, zakryte wcześniej przez niesforną grzywkę. – Wszyscy są podekscytowani najbliższym meczem.
– Chodzi pani o ten towarzyski, tak? – wtrącił się podekscytowany Blake. On też oberwał jedno z oceniających spojrzeń, do czego był już przyzwyczajony. To nie ja miałam tu lekko ponad dwa metry wzrostu. W odpowiedzi na mój pytający wzrok wyjaśnił: – Wielka Brytania i Irlandia organizują sobie sparing. To jakiś pretekst, żeby przetestować nowy sprzęt i przy okazji wdrożyć się w nadchodzący sezon.
– Jaki „nowy sprzęt”? – zapytałam, biegnąc spojrzeniem od sprawnych ruchów Azjatki do spokojnej twarzy Blake’a.
– Miotły – odpowiedziała krótko ekspedientka, ze skupieniem przelewając krew salamandry przez specjalny sączek do malutkiej, szklanej fiolki. Potem podeszła do pokaźnego stosu ingerencji i zaczęła liczyć. – Podobno Esme Stone, która zajmuje się właśnie wyposażeniem reprezentacji znalazła jakieś perełki… Plotki mówią coś o dłuższej umowie na wyłączność, jeśli miotły dobrze spiszą się w meczu. A jak wszyscy wiem, nasze Ministerstwo nie oszczędza na quidditchu…
Przełknęłam, gdy trybiki w moim mózgu powoli wskakiwały na swoje miejsca. Po tej krótkiej rozmowie zapadła cisza. Obserwowałam jak Azjatka z  niebywałą wprawą odmierza wszystkie ingerencje, jednocześnie skreślając składniki z listy… długopisem?
W porządku, to już wszystko? – zapytała z uśmiechem, podsuwając mi pod nos podsumowanie moich zakupów.
Kiwnęłam głową, po czym wyciągnęłam portfel i wyrzuciłam ze środka około dwudziestu galeonów.
– Cholerny cwaniak – mruknęłam, zgarniając zakupy do torby. Odebrałam resztę, pożegnałam się i popchnęłam Alexa w stronę wyjścia.
– A tobie się tak do domu śpieszy, czy co? – zaśmiał się, pomimo moich głośnych protestów wyjmując mi z rąk torbę. – Choć, podobno w Magicznych Dow-
– To mój ojciec jest dostawcą tych mioteł – przerwałam mu stanowczo.
Spojrzał na mnie jak na idiotkę, z uniesioną jedną brwią. Krótko wyjaśniłam mu, że jakiś czas temu pani Stone złożyła nam wizytę.
– A ty wiesz, bo on cię grzecznie o tym poinformował? – niedowierzał Blake, zmierzając w stronę sklepu z szatami.
– No cóż… – westchnęłam, niezdecydowana czy go okłamać, czy może powiedzieć prawdę. – Wiesz, to dość skomplikowana historia…
– Jaśniej?
– Powiedzmy, że poznałam bliżej jej córkę.
– Dlaczego kiedy mówisz: „poznałam bliżej” mam przed oczami trupa?
Zatrzymał się krok przed drzwiami lokalu. Jego szyld głosił:


Madame Malkin 
szaty na wszystkie okazje



Dzięki. Idziemy dalej – rzuciłam, odbijając na bok od drzwi do krawcowej. – Mam dość ciuchów, niedawno Malkin zdejmowała ze mnie miarę na szaty do Hogwartu. Tyle jej wystarczy…
Alex prychnął teatralnie, kryjąc rozbawienie.
– Czy ty wytrzymasz chociaż jedno popołudnie bez narzekania? Zawsze kiedy… Hej, le Fay! Słuchasz mnie?
Nie wiem, jakim cudem go zauważyłam. Naprawdę, nawet przez chwilę o nim nie myślałam, przysięgam na własną matkę… Albo, żeby było wiarygodniej, na ciotkę Astorię. Grunt, że tym razem to nie była moja wina.
James „Pan i Władca Wszystkiego” Potter pogrążony w rozmowie z wyższym od siebie mulatem nieświadomie zmierzał prosto na nas.
Spanikowana błyskawicznie dopadłam do klamki i wskoczyłam do sklepu, ciągnąc Alexa za rękaw.
– Le Fay…? – zapytał zdezorientowany, gdy brutalnie zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Mały dzwoneczek, do niedawna wiszący nad nimi z hukiem uderzył o ścianę, a następnie spadł na podłogę. Kopnęłam go pod wieszak, uginający się pod ciężarem ubrań w specjalnych pokrowcach. Wpadłam w popłoch, szukałam jakiegoś miejsca, żeby tylko się schować, ukryć, zniknąć…
Alex złapał mnie za nadgarstek i delikatnie, acz stanowczo zmusił, żebym popatrzyła na niego.
– Po pierwsze – powiedział bezbarwnym, spokojnym głosem zawodowego terapeuty – oddychaj. Po drugie, jeśli masz ochotę na zakupy to wystarczy powiedzieć. A jeśli chodzi o tamtego gościa –  ruchem głowy wskazał drzwi – to muszę cię zmartwić, ale zaraz tu wejdzie. Nie zostanie długo, uważa, że nie ma tu nic ciekawego, a przynajmniej tak myślał jakąś minutę temu.
Wzięłam głęboki wdech, zaciskając palce wolnej ręki na materiale dżinsów.
– Pewnie to nie jest ktoś, kogo chcesz spotkać?
Energicznie pokręciłam głową. Myśl, le Fay, myśl!
– Chodź do Malkin – wymamrotałam do Blake’a, delikatnie zdejmując jego rękę ze swojego nadgarstka. – Może ma dla mnie ten mundurek…
– Kim jest ten gość?
– Nie-
–…ważne? Ważne, skoro przed nim uciekasz – powiedział, ale wyprzedził mnie i skierował się w stronę lady ekspedientki. Nadal jednak nie spuszczał mnie z oka.
– Słuchaj, ja…
Alex zmarszczył brwi, po czym spojrzał mi głęboko w oczy. Zdezorientowana zatrzymałam się w pół kroku i uniosłam jedną brew. To jego badawcze spojrzenie było bardzo… dekoncentrujące.
Poczułam, jak coś śliskiego przebiega za moim uchem. Odruchowo pisnęłam i klepnęłam się w tamto miejsce, ale nic nie wyczułam. A to znaczy, że…
– To naprawdę jest James Potter? – zapytał, przystając i zerkając przez mój bark w stronę drzwi.
Prychnęłam oburzona i trzepnęłam go w ramię. Jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie opanowywała mnie rosnąca fala gniewu.
– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie grzebał w mojej głowie?! – krzyknęłam.
– Wiesz, mam obowiązek…
W dupie mam twoje obowiązki – wycedziłam, wyraźnie akcentując każde słowo. – Obiecywałeś mi, pamiętasz? Obiecałeś, że nie będziesz mnie czytać! Do cholery, aż tak mi nie ufasz?!
– Jak ma ci ufać, skoro na każdym kroku próbujesz mnie oszukać? – powiedział pozornie spokojnym głosem, jednak jego oczy zabłysły gniewnie. – Jesteśmy partnerami, jesteś w stanie o tym pamiętać czy już nie obchodzi cię nic poza własnym tyłkiem? Sama połączyłaś swój umysł z moim, to ty wpadłaś na ten pomysł! Więc teraz nie wydzieraj się na mnie za każdym razem gdy sprawdzam, czy nie myślisz sobie o rzuceniu się z okna albo-
– TO JEST MÓJ MÓZG, DO JASNEJ-
– PRZESTAŃ MI PRZERYWAĆ!
– TO TY-
Głośny huk pochodzący z głębi pomieszczenia sprawił, że natychmiast od siebie odskoczyliśmy. Powietrze jak błyskawica przecięły iskierki, okrążyły nas dookoła a następnie przebiegły po ścianach i wieszakach. Wpatrując się w ich błękitne, migoczące światełka przypomniałam sobie o bransoletkach i odruchowo dotknęłam nadgarstka. Ozdoba była ciepła, ale nie na tyle gorąca, żeby było czego się obawiać.
Obydwoje odwróciliśmy się w stronę przysadzistej kobiety w chabrowej szacie. Poprawiła swoje srebrne oprawki, których kształt przypominał kocie oczy i schowała różdżkę. Jej policzki pokrywał szkarłatny rumieniec złości. Przejechała po nas ostrym jak brzytwa spojrzeniem i rzuciła:
– W moim sklepie nie ma miejsca na awantury – zmarszczyła czoło i zmrużyła oczy, wokół których pojawiły się drobne kurze łapki. – Myślałam, że już to ustaliłyśmy, panno le Fay. Witam, panie Blake, miło pana znowu widzieć.
Blake skinął głową w kierunku kobiety. Chciałam zapytać go w myślach skąd ją zna, ale od razu skarciłam się za samo wpadnięcie na tak idiotyczny pomysł akurat teraz.
– Przepraszam, madame Malkin – rzuciłam nieszczerze, posyłając przyjacielowi kolejne spojrzenie z serii: „Patrz, co zrobiłeś, kretynie!”. – To… Ja… – westchnęłam, próbując odpędzić gniewne myśli, które jak natrętne owady bzyczały głośno, zagłuszając zdrowy rozsądek. – Po prostu przepraszam.
A propos myśli – Blake, jeśli próbujesz mnie teraz czytać to wiedz, że widziałam jak całowałeś się jakieś dwa lata temu z tą Australijką, półwampirzycą. Szkoda, że nie przegryzła ci tętnicy.
– Panienka pewnie po uniform? – powiedziała madame Malkin, znikając za ladą. Po chwili podała mi opakowany w przezroczystą folię pakunek i stwierdziła: – Należy go przymierzyć na miejscu, kochanieńka. Nie jestem pewna, czy ładnie się prezentuje na twoich gabarytach. Niezbędnie poprawki wolę wprowadzić od razu.
Alex niespodziewanie dostał napadu dziwnego kaszlu, gdy pani Malkin wspomniała o „gabarytach”. Jako dobra przyjaciółka klepnęłam go w plecy. Z całej siły.
Za mną drzwi otworzyły się, świeże powietrze wpadło do środka razem ze strzępkami rozmowy dwóch chłopaków.
– Cath… – zaczął Alex, przyglądając się ukradkiem wchodzącym.
Wcisnęłam mu torbę z zakupami do ręki i błyskawicznie zniknęłam w przebieralni, zaciągając za sobą kotarę.
– Delikatniej, kochaniutka, ten materiał nie był tani! – skarciła mnie starsza pani.
Opadłam na niski taboret, i oparłam głowę o lustro. Moje odbicie patrzyło na mnie ze znużeniem, jakby chciało przewrócić oczami i stwierdzić: „Co ty robisz ze swoim życie, Cassandro le Fay?”





– Mój drogi, życzę ci powodzenia. – Madame Malkin uśmiechnęła się do mnie ciepło. Nieco zdezorientowany, uniosłem jedną brew. Natychmiast pośpieszyła z wyjaśnieniami: – Ta mała jest tak kapryśna, że podziwiam, że masz do niej cierpliwość. Cóż, jak to mówią – miłość jest ślepa.
Zamrugałem zaskoczony, nieco plącząc się z wyjaśnieniami.
– My… nie! Ja i Cath… jesteśmy jak brat i siostra…
– Tak, tak, kochanieńki, oczywiście. A jeśli chciałbyś wiedzieć, twój uniform powinnam skończyć do jutra, chociaż możesz zajrzeć jeszcze dzisiaj po południu – sprzedawczyni mrugnęła do mnie porozumiewawczo, po czym bardzo energicznie jak na jej lata podreptała do nowych klientów. – Witam w Szatach na Każdą Okazję! Och, to mój ulubiony pan Weasley! Jak się masz, młodzieńcze? Witam również twojego kuzyna.
Podszedłem nieco bliżej, udając znudzonego. Mimo że wzrok miałem wpatrzony w przebieralnie, z której dochodziły ciche przekleństwa Cath, tak naprawdę uważnie przyswajałem każdy element rozmowy.
– Dzień dobry, madame – niski głos „pana” Weasleya brzmiał bardzo znajomo, tak bardzo, że mimowolnie odwróciłem się w stronę rozmawiających. Przy okazji zauważyłem jak jego przyjaciel spogląda w stronę wyjścia.
Obydwaj byli dosyć wysocy i wyglądali na gości mniej więcej w moim wieku, chociaż Weasley, który okazał się być mulatem, mógłby swobodnie udawać pełnoletniego. Potter, który nie wyglądał specjalnie przyjaźnie, wyraźnie czegoś – albo raczej kogoś – szukał.
Zaśmiałem się pod nosem. Za wolno, Potter. 1:0 dla Cath i jej refleksu.
Opuściłem trochę bariery otaczające mój umysł tak, żeby być w stanie usłyszeć myśli tej trójki, która rozmawiała przede mną. Było to trochę ryzykowne i na pewno nieźle rozboli mnie od tego łeb, ale skoro le Fay miała zamiar dalej bawić się w kotka i myszkę…
Już po chwili w głowie rozbrzmiały głośne, bezsensowe strzępki myśli innych ludzi, zagłuszając moje własne. To nie tak, że umysł tworzy tylko uporządkowane, logiczne zdania. Najczęściej myśli są luźnymi, szybkimi skojarzeniami i w ciągu sekundy przez czyjś mózg może przebiec ich kilkaset. Osoby takie jak ja uczą się jak wśród całego tego chaosu znaleźć to, co nas interesuje i to bez zwracania uwagi potencjalnej „ofiary”, jeśli można ją tak w ogóle nazwać. Dziedzina czytania w myślach, która polega na odczytywaniu wspomnień i chwilowym przejmowaniu kontroli nad czyimś umysłem, nazywana jest leglimencją i nauczyć się jej może prawie każdy czarodziej. Odróżnia mnie od nich to, że nie muszę się specjalnie starać, żeby przeczytać czyjeś myśli niezauważenie, no chyba, że ktoś otoczy się mentalną tarczą.
 Od dziecka wewnętrzne głosy innych przepływały przez mój mózg jak przez przekaźnik, prawie doprowadzając do szaleństwa. Jeśli połączyć to jeszcze z telekinezą, która również przypadła mi w spadku, byłem chodzącą bombą zegarową.  A potem przyszli ludzie z Instytutu i wszystko stało się dużo prostsze. No, prawie. Bo razem z Instytutem w moje życie wkroczyły dwie dziewczyny, jedna z nich wtedy jeszcze czarnowłosa, a druga blondynka.
Zamknąłem oczy, jednocześnie otwierając sobie przejście do myśli Weasley’a.
Przyszli po zamówienie dla matki tego wyższego, którą Potter nazywał „ciocią Angeliną”. Złapałem też parę informacji o jego planach na popołudnie, dzięki czemu będziemy mogli bez trudu unikać ich do końca dnia. Starałem się nie ingerować w  jego bardziej prywatne sprawy, ale niechcący usłyszałem trochę za dużo o sposobach wykorzystania Krwotoczków Truskawkowych w trakcie Eliksirów… Co w sumie było nawet ciekawe i zachęciło mnie do ich kupna.
Nie chciałem zaglądać do głowy Pottera, być może przez szacunek do jego ojca. Zresztą, miałem już dosyć a wzmagający się ból głowy mówił, że koło sklepu przechodzi duża grupa obcokrajowców. Sporo myślących obcokrajowców, żeby było ciekawiej.
Po chwili starannie odbudowałem tarczę. Dowiedziałem się tyle, ile potrzebowałem, jednak nie miałem zamiaru rezygnować z podsłuchiwania. Nie tego mnie uczono. Zawiesiłem na ramieniu torbę Cath, która na szczęście była czarna i nie wyglądała zbyt babsko. Wziąłem głęboki oddech, ignorując ogarniające mnie mdłości.
– Panie Potter… – powiedziała Madame Malkin, przenosząc spojrzenie na rozglądającego się chłopaka. – Szuka pan czegoś konkretnego? A może… kogoś?                                
Potter przeczesał dłonią rozczochrane włosy i potrząsnął głową.
– Nie, pani Malkin, ja tylko wspieram przyjaciela w potrzebie – rzucił i mrugnął do kobiety porozumiewawczo. – Przyszliśmy po zamówienie Angeliny Weasley, podobno zdążyła już za nim zatęsknić.
– Panie Potter, nazywam się madame Malkin. – Staruszka westchnęła ciężko, zerkając wymownie na Weasleya. – Jakim cudem twój kuzyn jest w stanie to zapamiętać, a pan nadal upiera się przy swojej wersji?
Weasley uśmiechnął się krzywo i wsadził ręce do kieszeni.
– Taki już jego urok, madame, zawsze uparty jak osioł. Ale w jednej sprawie ma rację, moja mateczka potrzebuje swojej szaty wyjściowej. Jeśli byłaby pani tak miła, madame…
W tym momencie z przymierzalni dobiegło głośne, niewybredne przekleństwo. Zanim zdążyłem się powstrzymać, uderzyłem się otwartą dłonią w czoło i dyskretnie podszedłem do zasłony. Zapamiętać: nigdy więcej nie powtarzać tego po czytaniu w myślach. Zaraz się zrzygam.
– Czy ciebie do reszty pogrzało? – wycedziłem, szepcząc przez szparę pomiędzy kurtyną, a framugą drzwi. – Wiesz co to znaczy „dyskrecja”?
– Nie, możesz przynieść mi słownik – odpysknęła le Fay. Zauważyłem jej nogi przysuwające się do oddzielającej nas zasłony. – Są tam jeszcze? Wiesz jak długo zostaną? Nie mogę tu siedzieć wiecznie, Malkin nie jest głupia, nawet jeśli na taką wygląda.
Puściłem jej marudzenie mimo uszu. Dyskretnie spojrzałem za siebie, ale kobieta najwyraźniej dobrze się bawiła dyskutując z Potterem i Weasleyem.
– Jeszcze im zejdzie – mruknąłem. – A tak w ogóle, to weź się pokaż.
– Co?
– No pokaż się, nie zjem cię. Chcę zobaczyć czy mam już szykować dla ciebie tabliczkę na szyję z napisem „ Własność państwowa, nie dokarmiać”.
Cath prychnęła głośno.
– Nie ma szans, Blake. Wyglądam w tym… źle. Bardzo.
– Bardzo-bardzo?
– Tak, kretynie, bardzo-bardzo.
Zaśmiałem się pod nosem. Znając ją wyglądała normalnie, ale od zawsze lubiła przesadzać.
– Weź się pokaż.
– Jakiej części słowa „nie” nie jesteś w stanie zrozumieć?
Kolejne gniewne prychnięcie. Zasłonka zafalowała niebezpiecznie, a ja już potrafiłem wyobrazić sobie jak le Fay przeklina w myślach mnie i mój „idiotyzm”, przewracając przy tym oczami.
– PANIENKO, ILE MOŻNA SIEDZIEĆ W PRZBIERALNI?! PROSZĘ WYJŚĆ I SIĘ POKAZAĆ!
Madame Malkin wyglądała na typ kobiety, która nie znosi sprzeciwu. Również teraz czekała aż Cath grzecznie wypełni jej polecenie. Biedna staruszka, nieświadoma tego, że trafiła na najbardziej upartą idiotkę na świecie.
Pół twarzy le Fay wyłoniło się zza ciężkiego materiału, posyłając mi błagalne spojrzenie zielonych oczu.

Wymyśl coś. Błagam.

Posłałem jej porozumiewawczy uśmiech i kiwnąłem głową, w której rozbrzmiał jej cichy głos.
Przez to, że w dzieciństwie poddaliśmy się pewnemu rytuałowi teraz mogliśmy dzielić się swoimi myślami ze sobą, bez nieprzyjemnych dla mnie konsekwencji takich jak ostra migrena i odruch wymiotny, które pojawiały się gdy byłem bombardowany przez czynniki z zewnątrz. Przez fakt, że nasze aury zostały ze sobą zaznajomione łatwiej pokonujemy swoje mentalne tarcze. To le Fay wpadła na ten pomysł, na który początkowo się nie chciałem się zgodzić. Ostatnią rzeczą jakiej pragnąłem, było naruszanie jej prywatności i odwrotnie – trochę obawiałem się tego, co ona może odczytać. Po długich i męczących dyskusjach poszliśmy na kompromis: ja wchodzę do jej umysł, żeby zostawić tam swoją myśl; ona robi dokładnie to samo u mnie.
Odszedłem od przebieralni, patrząc prosto na chłopaków, którzy podejrzliwie mierzyli mnie wzrokiem.
– Pani wybaczy, madame, ale moja przyjaciółka ma pewne problemy z… zapięciem się. Wie pani, „Na pewno się w to zmieszczę, wcale nie przytyłam!”…
Zaśmiałem się w duchu. Gniewne parsknięcie dobiegające z kąta pomieszczenia zapowiadało, że właśnie sobie garbię.
– Ach taaak. Doskonale to rozumiem, też kiedyś byłam młoda i myślałam, że wcisnę się w mniejszy rozmiar – zaszczebiotała madame Malkin, drepcząc w stronę zaplecza. Nagle zatrzymała się w pół kroku, jakby dostała olśnienia. Nie spodobało mi się to zbytnio. – Panie Weasley, dotarły do pana wieści?
Mulat wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Jamesem Potterem, po którego postawie nie można było nic wywnioskować. Syn Wybrańca zachowywał kamienną twarz, posyłając w moim kierunku obojętne spojrzenie. Pod pewnymi względami przypomniał teraz ojca, ale nadal wiele ich dzieliło.
– Jakie wieści? – wtrącił się Potter, uprzejmie zerkając na kobietę.
– Podobno będziecie mieli nową uczennicę na roku – zaświergotała, po czym zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu. – Całkiem ładna, jeśli chcecie znać moje zdanie. Tylko strasznie suchutka, no i cała w bliz-
– Madame, wystarczy – rzuciłem stanowczo, powrotnie zwracając na siebie uwagę. Usiłowałem zachować pozorny spokój i nie pokazywać zdenerwowania. – Nie widziałem, że w Wielkiej Brytanii krawcowe mają w zwyczaju plotkować na temat swoich klientek kiedy tamte jeszcze są w sklepie…
W tym momencie sam chciałem sobie przywalić. Nie ma to jak kopać pod sobą dołki.
– No proszę, czyżby Amerykanin? Chociaż, nie masz wyraźnego akcentu, więc może często podróżujący Brytyjczyk? – zgadnął mnie Weasley, a potem zwrócił się do Pottera: – Więc twoja tajemnicza panienka jednak istnieje? – zaśmiał się, szturchając go. – Myślałem, że po prostu brakuje ci Celine i zaczynasz świrować.
James usiłował pozostać spokojny, ale zdradziły go podstawowe odruchy, takie jak splatanie ramion na piersi i zaciskanie szczęki. A jednak, w jego oczach zalśniło coś w rodzaju… nadziei? Nie podobało mi się to.

Le Fay, Malkin cię spaliła.

Blake, mnie się nie da spalić. Spalą mnie tylko wtedy, gdy ja na to pozwolę.

Usłyszałem jej miarowe kroki zanim zdążyłem się odwrócić.
Nie byłem pewien, jak powinienem się czuć. W pewnym sensie ogarnął mnie podziw. Le Fay wyszła, żeby spotkać się twarzą w twarz z gościem, przez którego – oczywiście tylko po części – przeżyła piekło na ziemi. Jednak cała moja duma zniknęła, gdy zobaczyłem ją w tym mundurku. Zalała mnie fala wspomnień, która była jednocześnie słodka i gorzka, ale na pewno niechciana akurat teraz.
Z dawnej Cath, która pozwalała nazywać się czasem Cassandrą, która panowała nad swoimi uczuciami i słowami, która pragnęła bliskości jak niczego innego, nie zostało wiele. Cassandra le Fay, którą miałem przed sobą mierzyła metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, a jej kasztanowe włosy i ciemna szminka wyraźnie odcinały się od niezdrowo bladej skóry. Z tej perspektywy mogłem dokładnie obejrzeć skutki jej nieregularnego jedzenia, niewysypiania się i ciągłego rozdarcia pomiędzy jawą a rzeczywistością. Patrzyłem na jej sylwetkę, która kiedyś mogła uchodzić za wysportowaną klepsydrę i chciałem, żeby ktoś porządnie walnął mnie w psyk. Mogłaby swobodnie kandydować na "Miss Szkieletów". Depresja, z której wyciągnęliśmy ją wraz z Jasperem, odcisnęła swoje piętno na jej chudych nadgarstkach, kościstych kolanach i łokciach, chwilami pustym wyrazie oczu.
A jednak, pomimo tego wszystkiego dumnie unosiła podbródek, mierząc nas spojrzeniem twardym jak stal. Złote drobinki migoczące w zielonych tęczówkach dodawały mu jakiejś tajemniczej nutki. Niedające się zatuszować, ciemne półksiężyce zajmowały swoje stałe miejsce pod oczami. Owalna twarz, cudem pozbawiona większości blizn, tylko częściowo przypominała tą, którą widywałem gdy byliśmy dziećmi. Jednak nadal miała ten swój zadarty nos z piegami drobnymi jak ziarnka piasku, wyraźne kości policzkowe i cieniutką bliznę na wardze, której pochodzenia nie chciała nikomu zdradzić. Nieodłączny sarkastyczny uśmieszek błąkał się na jej ustach, pewna zapowiedź nadchodzących kłopotów.
Ona cała nią była. Widziałeś taką wchodzącą przez drzwi i już zastanawiałeś się, z której strony nadejdzie burza.
Maska Jamesa opadła razem z jego szczęką. Biedaczek, zdecydowanie nie tego się spodziewał. Weasley, którego imienia nadal nie poznałem, z wszechwiedzącym uśmieszkiem wodził wzrokiem od Cath do swojego kuzyna, który w rekordowym czasie zdążył się otrząsnąć.

Niezłe wejście.

Otwarty umysł le Fay natychmiast nadesłał odpowiedź.

Wiem, ale i tak dzięki.

– Jest pani zadowolona? – zapytała Cath, obracając się w miejscu. Materiał długiej, czarnej szaty załopotał jak krucze skrzydła, a mnie ogarnęło jeszcze silniejsze uczucie déjà vu. – Mogę już się przebrać?
– Hm-mmm – mruknęła Madame Malkin, obchodząc dziewczynę dookoła. – Wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Możesz się przebrać i zabrać go ze sobą, twój ojciec zapłacił z góry.
Biała koszula, czarny krawat, spódnica przed kolano i sweter bez rękawów z dekoltem w… romb? Nie pamiętam jak one to nazywają, w każdym razie z trójkątnym dekoltem. Już wyobrażam sobie jak bardzo będzie na niego narzekać gdy tylko stąd wyjdziemy, szczególnie, że w Instytucie jedynym „mundurkiem” jaki mieliśmy były stroje treningowe.
– Więc to ona ma być naszą nową „koleżanką”, tak? – Weasley uśmiechnął się chytrze. – Widzę, że ty i J.S. się znacie, Iskiereczko.
Mimo że obydwoje usilnie starali się na siebie nie patrzeć, napięcie wisiało w powietrzu jak zapowiedź ulewy. Przezornie zerknąłem na oczy le Fay i nie pomyliłem się – złote drobinki w jej tęczówkach zamigotały na czerwono, a usta skrzywiły się w karykaturze uśmiechu.
– Proszę? Iskiereczko? – głos le Fay niebezpiecznie się obniżył. – Za kogo ty się uważasz?
– Och, wybacz. Nie przedstawiłem się. Nazywam się Fred Weasley.
Mulat wyciągnął w jej kierunku dłoń. Cath spojrzała na nią ze swoją ulubioną i wielokrotnie przetestowaną – na mnie, jeśli ktoś chce wiedzieć – miną królowej lodu, po czym odwróciła się do niego bokiem.
Jednakże Potter tym razem nie miał zamiaru stać z boku.
– Może tym razem łaskawie przedstawiłabyś się, co, księżniczko? – Przydomek, którego użył był bynajmniej pieszczotliwy. Chłopak opuścił jednak splecione na piersi dłonie i rozluźnił zaciśniętą szczękę, zwracając się do mnie: – Może zacznijmy od nowa. Wyglądasz zdecydowanie przyjaźniej niż twoja dziewczyna. Jestem James Syriusz Potter, dla przyjaciół J. albo J.S.
Uścisnąłem wyciągniętą dłoń Pottera, ignorując torpedującą mnie wzrokiem le Fay.
– Jak już mówiłem, jestem Fred – powtórzył chłopak, uśmiechając się nieco krzywo.
– Alex, miło poznać – rzuciłem, trochę zakłopotany. Z nim też wymieniłem uścisk dłoni. – Nie zwracajcie na nią uwagi, moja przyjaciółka – wyraźnie podkreśliłem to słowo i spojrzałem na moment na Jamesa – już tak ma. Nigdy nie była zbyt otwarta.

Kłamiesz. Kiedyś byłam, usłyszałem w myślach.

A podobno ja mam ci nie siedzieć w głowie, tak?

Masz mnie nie czytać, kretynie. To są dwie różne rzeczy.

– Kochaneczki, to ja może skoczę na zaplecze i przyniosę zamówienie dla pani Weasley, dobrze?
Madame Malkin nie była do końca przekonana czy zostawienie jej sklepu na pastwę bandy nastolatków jest najlepszym pomysłem, ale nie pozostało jej wiele opcji.
– No więc, Wasza Wysokość, nadal będziesz zgrywać niedostępną i oziębłą szlachciankę czy się przedstawisz?
Le Fay przyjrzała się Potterowi uważnie, ukradkowo zerkając na jego nadgarstek. Blizna na przedramieniu przypominająca trzy palce sprawiła, że Cath skrzywiła się prawie niezauważalnie, po czym znowu przywołała na twarz maskę obojętności.
– Chcesz wskazówkę? – wyszczerzyła się w uśmiechu, złudnie przywodzącym na myśl Kota z Cheshire i równie fałszywym.
James i Fred wymienili porozumiewawcze spojrzenia, co jak zauważyłem zdarzało im się dość często.
 – Wskazówkę? – powtórzył za nią Potter, powoli tracąc cierpliwość.
Cath przeniosła wzrok na mnie i skinęła głową.

Idę się przebrać, zaraz wrócę. Ale na razie… Patrz i podziwiaj.

– Tak, wskazówkę – Wyraźnie dobrze się bawiła, nawijając kosmyk włosów na palec. – To coś w rodzaju…
– Wiem, czym jest wskazówka! – zdenerwował się Potter, czym strasznie rozbawił le Fay. Zaczynało się robić dziwnie, a ja powoli przestawałem łapać, o co jej chodzi. – Dziewczyno, czy ty kiedykolwiek przestaniesz mówić jakimś szyfrem?
– Oj, nie wiem czy będziesz miał okazję się przekonać – szepnęła, mrużąc oczy i odwracając się na pięcie. – A co do wskazówki… Chociaż nie, nie wiem czy przyda się jeśli pomyliłam się co do ciebie…
– Po prostu to powiedz – Potter zastąpił jej drogę, jakby chciał ją powstrzymać.
Samobójca, przeszło mi przez myśl.
Cath zgrabnie go wyminęła, przelotnie zerknęła w tył i rzuciła:
– Chodzisz z moją kuzynką.
Po czym zasunęła za sobą zasłonkę od przebieralni.
James Potter wydał z siebie jęk, jakby ktoś z zaskoczenia kopnął go w jaja. Fred roześmiał się w głos, klepiąc go po plecach, po czym mrugnął do mnie porozumiewawczo i zanurkował wśród rzędów ubrań, żeby przejść przez drzwi na zaplecze, skąd dobiegały odgłosy poszukiwań prowadzonych przez Madame Malkin.
– Ona… i Celine…Na Merlina, czy z tą rodziną nigdy nie może być prosto?
Zaśmiałem się pod nosem, podchodząc do Pottera z rękami w kieszeniach.
– Ta, z nią zawsze są jakieś kłopoty… chociaż bywa zabawnie.
Potter pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć w to co usłyszał. Najwyraźniej le Fay trafiła w czuły punkt… czyli coś, co robiła najlepiej.




– Nie powiem, zaszalałaś – zaśmiał się Alex, gdy wychodziliśmy od Madame Malkin.
– Cóż, należało mu się – rzuciłam, po czym streściłam mu przygodę z fontanną w Ministerstwie. – Poza tym, nie zrobiłam zbyt wielkiego zamieszania.
Alex przewrócił oczami, ale uśmiechnął się do mnie. Sprawy między nami jak na razie wróciły do normy, przez co poczułam jak ogromny ciężar spada z moich barków. Nie lubiłam się z nim kłócić, ale koniec końców często wychodziło nie tak, jakbym sobie tego życzyła. Cóż, mogę to zawdzięczać swojemu porąbanemu charakterowi.
– A tak w ogóle, to od kiedy twoja kuzynka z nim chodzi? I skąd wiedziałaś, że to akurat o tej Celine mówił Fred? – zapytał Blake, przyglądając się ciekawie wystawie Magicznej Menażerii, skąd dochodziła mieszanka syków, miauknięć i skrzeków.
– Niedawno byłam u niej w pokoju. Ma na komodzie takie małe zdjęcie, z Potterem właśnie. Kiedy postacie myślą, że nikogo nie ma to łapią się za ręce i się do siebie szczerzą – jęknęłam z obrzydzeniem. Celine i ktokolwiek? Ta manipulantka i synalek Wybrańca? Jak? – I nie, nie chcesz wiedzieć dlaczego postacie myślały, że nikogo nie ma. Powiedzmy, że musiałam zaprowadzić ją za rączkę na jej miejsce. Kilka zaklęć i nagle w domu panuje spokój, bo Calineczka unika mnie jak ognia…
Alex pokręcił głową z dezaprobatą, ale nie zapytał już o nic.
– Jak ognia, dobre porównanie. Ja chyba nie chcę wiedzieć, co ty robisz ze swoim życiem. Niech z naszej dwójki przynajmniej ja zostanę zdrowy psychicznie, okej?
Zachichotałam pod nosem i przystanęłam. Do głowy przyszedł mi genialny plan. Obróciłam się na pięcie i wpadłam do Magicznej Menażerii jak tornado.
– Merlinie, kto znowu? – jęknął Alex, przejeżdżając dłonią po twarzy.
– Nie kto, ale co! Wiesz, czego mój tatuś nie lubi najbardziej? A na co mama ma alergię?
– Yyy… Na ciebie?
– Udam, że tego nie słyszałam! – usiłowałam przekrzyczeć harmider panujący w sklepie. – No więc tatulko nienawidzi kotów! Nie cierpi ich!
– Nie zrobisz tego! – zaśmiał się Blake, rozglądając się po sklepie. – Przecież oni cię rozszarpią, a kota każą oddać!
– Wiesz, według prawa każdy Łowca po ukończeniu szkolenia jest pełnoletni! A więc jestem pseudo-dorosła i mogę robić, co chcę! Poza tym, nie chcę wyjeżdżać do Hogwartu sama jak palec!
Mój przyjaciel zbladł i zatrzymał się w miejscu. Dwie dziewczynki odwróciły się od klatki ze śnieżnobiałą sową i popatrzyły na mnie, szepcząc coś do siebie, po czym wypadły ze sklepu jakby gonił je sam Lord V., którego kocią reinkarnację zamierzałam właśnie adoptować.
– Cath…Zapomniałem!
– Potem mi powiesz, najpierw zrealizuję swój niecny plan!
Podeszłam do ekspedientki stojącej za wysoką ladą. Na drewnie widoczne były ślady licznych pazurów, zębów i jeszcze innych dziwnych pozostałości po zwierzętach, których pochodzenia zdecydowanie nie chciałam poznawać. Posłałam kobiecie najsłodszy uśmiech na jaki było mnie stać.
– Możesz poczekać na mnie na zewnątrz! – rzuciłam jeszcze do Alexa, po czym krzyknęłam do ekspedientki. – Szukam najbardziej charakternego kocura, jakiego ma pani pod opieką!




– Czy on nie jest śliczny?
– Przesadzasz… Ała! Udrapał mnie przez kraty!
Kocur prychnął dumnie, wbijając spojrzenie zielonych oczu w blondyna, który chciał zabić go wzrokiem. Zwierzak zamachał łapą w powietrzu, jakby chciał mu pogrozić.
– Ten cholerny kocur to twoje następne wcielenie. Teraz mam dwa podłe stwory na karku! On nawet wygląda jak ty kiedyś! No, tylko miałaś jaśniejsze futro.
– Futro? Futro! – przedrzeźniała go dziewczyna, prychając głośno. Co zabawniejsze, zabrzmiało to prawie tak samo jak prychnięcie jej nowego pupila.
Nastolatka o prawie czerwonych włosach zaśmiała się cicho, przyglądając się zwierzęciu. Kot wyglądał bardzo zwyczajnie – miał błyszczące, czarne futro, duże zielone oczy i najwyraźniej sprawne pazury. Zamknięty w zwykłej metalowej klatce zdawał się jej przyglądać. Zaraz jednak stracił zainteresowanie i zajął się swoimi łapami, przeprowadzając kontrolę czystości. Dziewczyna podniosła klatkę i ruszyła przed siebie.
– Nie wiem jak go nazwać – wymamrotała w stronę chłopaka, który przeklinając pod nosem zajęty był długimi zadrapaniami na dłoni. – Masz jakiś pomysł, Alex?
– Killer albo Slayer – mruknął Alex, po czym schował ręce do kieszeni, krzywiąc się nieco z bólu i poczłapał za nią.
– Bardzo śmieszne – przewróciła oczami, lawirując w tłumie czarodziejów. – Myślałam nad czymś bardziej… mugolskim?
– Ty naprawdę chcesz, żeby oni cię wydziedziczyli?
– Nie dbam o to – rzuciła obojętnie, wzruszając ramionami. Oczy zaszły jej mgłą, jakby się nad czymś zastanawiała. – Chodzi o to, że był taki kot… No wiesz, z takiej bajki o czarownicy… Jak jej było? Stella? Selena?
– Sabrina? – podsunął sprytnie blondyn, uśmiechając się półgębkiem.
– Tak! – wykrzyknęła, a jej twarz z powrotem się rozluźniła. – Pamiętasz to jeszcze?
– Robiłem referat na Mugoloznawstwo o nawiązaniach do świata czarodziejów pojawiających się w bajkach i filmach… – westchnął, krzywiąc się. – Nie da się zapomnieć kota, który ma na imię Salem i jest tak samo wredny jak ty.
– SALEM! Merlinie, Blake jesteś genialny! – zawołała, spontanicznie rzucając się chłopakowi na szyje. Tamten, zaskoczony, zgarbił się i niezdarnie poklepał ją po plecach. Następnie uniosła klatkę na wysokość swoich oczu i przemówiła, a kot patrzył na nią jak urzeczony: – Co powiesz na imię Salem, kocurze? Zdecydowanie mi go przypominasz. Poza tym, wszędzie lepiej niż w klatce w Menażerii, prawda? Zabieram cię ze sobą do Hogwartu, razem rozniesiemy tę budę.
Kot podniósł czarny łebek i przekrzywił go nieco, jakby zastanawiał się nad jej słowami.
– Ten kot wydaje się mądrzejszy niż ty, Cath…
– Blake, ty się dzisiaj doigrasz – wycedziła, przeszywając go spojrzeniem. Jej zwierzak wodził wzrokiem od jednego do drugiego, po czym miauknął głośno i rozłożył się jak najwygodniej na dnie klatki.
– Skoro skończyłaś rozczulać się nad tym workiem futra to mam ci coś do powiedzenia, o co zresztą sama prosiłaś.
Dziewczyna podniosła na niego spojrzenie zielonych oczu. Salem, nie podnosząc się z wygodnej pozycji, obserwował ich z uwagą, nie próbując nawet miauknąć.




– Blake, wyrzuć to z siebie, nie mamy całego dnia – powiedziałam, poprawiając uchwyt dłoni na klatce Salema. Kocur przymknął oczy i drzemał, jak na razie nie pokazując swojego wyrazistego temperamentu, o którym wspomniała mi sprzedawczyni. Szkoda, tylko czekałam na to, aż wyjdzie z niego koci demon i rozniesie Pokątną… Chociaż, nie. Lepiej, żeby oszczędzał siły na Avalon i moich cudownych krewnych, o Szkole dla Pretensjonalnych Brytoli w Hogwarcie nie wspominając.
Alex potarł kark, co było wyraźnym sygnałem na to, że nie ma dla mnie dobrych wieści. Potem jeszcze westchnął, co w pełni potwierdziło moje przypuszczenia. Cóż mogłam rzec – on czytał ludzkie myśli, ja musiałam nauczyć się odczytywać mowę ciała.
– Pamiętasz jak Jasper powiedział, że przyjdzie po ciebie ktoś z „przełożonych”?
Przewróciłam oczami i przeszłam obok wejścia do Gringotta, kolejnego miejsca które odwiedziłam z ojczulkiem dwa tygodnie temu. Wcisnął mi wtedy do ręki sakiewkę pełną złota, mamrocząc coś o tym, żebym nie wydała go zbyt szybko. To chyba jedna z niewielu naszych rozmów, która nie była kłótnią albo w której był dla mnie autentycznie miły… No, na tyle ile on potrafił
Hmm… po dłuższym zastanowieniu – muszę sprawdzić, czy ktoś go nie podmienił. I upewnić się, że ten prawdziwy długo posiedzi w zamknięciu.
– Tak, nie dało się zapomnieć. Babcia i matka powtarzały słowo „przełożony” jak mantrę – powiedziałam, przyglądając się powiększającym się z każdą chwilą tłumom czarodziejów. – A potem nagle zjawiłeś się ty.
– Jakieś wnioski? – zapytał nieco głośniej, przeciskając się obok kolejki do Esów i Floresów, które również odhaczyłam podczas ostatniej wizyty z ojcem.
– Nie bardzo mam ochotę w to wierzyć, ale najwyraźniej jesteś moim przełożonym… – skrzywiłam się, w myślach obwiniając siebie i to, że nie potrafiłam zapanować nad cholerną mocą, na co miałam dziesięć lat! – Co oznacza, że…
– … nie ukończyłaś szkolenia, więc nie jesteś w pełni Łowcą. Nie powinnaś używać magii poza terenem obecnej szkoły, to jest Hogwartem. Masz szczęście, że zdjęli nam Namiar, bo miałabyś poważne kłopoty.
Zaśmiałam się krótko, nerwowo i sztucznie. Nie sparaliżował mnie strach, nie oszołomiły mnie te wieści, nie zmieniało to jednak faktu, że na chwilę zabrakło mi tchu. Zatrzymałam się, mając wrażenie, że wpadłam na niewidzialną barierę, która oddziela mnie od rzeczywistości w jakiej  powinnam obecnie żyć. W innym świecie właśnie pakowałam się na zagraniczną misję, żegnałam się z tą popieprzoną przeszłością, która czaiła się tuż pod powiekami, gotowa zaatakować gdy tylko spróbuję zamknąć oczy. Zamiast tego bawię się w duże dziecko i nie jestem w stanie panować nad swoimi emocjami. Brawa dla panienki le Fay!
Chciało mi się kląć na czym świat stoi, ale zamiast tego zmusiłam się do kontynuowania marszu. Zamknęłam oczy. Wyobraziłam sobie to, jak oblewa mnie kubeł zimnej wody, która przy kontakcie z moją skórą momentalnie paruje. Potem otworzyłam zaciśnięte powieki i wróciłam do świata, w którym musiałam funkcjonować dalej. Mimo że ten nie zawaliłby się beze mnie, to nadal byłam mu potrzebna. Jak każdy człowiek, nieważne czy magiczny czy też nie, miałam swoją rolę do odegrania. A ja nie byłam aktorem, który przedwcześnie schodzi ze sceny.
Alex bacznie mnie obserwował, ale nic nie mówił. Zazwyczaj w takich sytuacjach oboje uważamy, że słowa są zbędne. Miał rację, gdy mówił o Namiarze. Łowcom w większości zdejmuje się go tuż przed albo po przybyciu do Instytutu, ze względu na to, że niektórzy używali mocy nieświadomie przy najprostszych czynnościach. Jedną z tych osób był Alex, który by żyć jak każdy normalny nastolatek nie wychodził z sypialni bez zabezpieczenia swoich myśli. Wśród nich znajdowałam się również ja, bo byłam na tyle naiwnym dzieckiem, że używałam swoich mocy do zabawy, co doprowadzało Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów do białej gorączki. W Instytucie znaleźli inne sposoby, żeby mieć mnie na oku.
– Wydaje mi się, że został nam tylko Ollivander. – Alex przerwał panującą pomiędzy nami ciszę i wskazał mały sklepik przed nami. – Mam nadzieję, że oddałaś swoją różdżkę Jasperowi.
– Inaczej byśmy tam nie zaglądali – stwierdziłam, próbując znaleźć Proroka Codziennego w torbie. – Ten badyl i tak jest bezużyteczny, ostatnio używając go oberwałam rykoszetem… Wiesz może, w którą kieszeń wcisnęłam Proroka? Chcę przeczytać ten artykuł o meczu.
Alex jednak nie spojrzał na mnie, ale na grupę starszych czarodziejów, którzy wcześniej pogrążeni w żarliwej dyskusji, nagle umilkli, kiedy koło nich przeszliśmy.
– Dawaj tę gazetę – warknął, a pomiędzy jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Zabrał ode mnie torbę i przerzucał pakunki niezbyt delikatnie, żeby dotrzeć na jej dno. – To nie jest pierwszy raz, Cath. Najpierw ta aptekarka, potem dziewczynki w Menażerii, a teraz ci tutaj. A skoro laska wspominała o Proroku…
Wydobył dziennik z wnętrza sakwy i zaczął czytać pierwszą stronę.
Z każdą sekundą jego oczy robiły się coraz większe, aż w końcu otworzył gazetę mniej więcej w połowie, nieomal rozrywając ją na strzępy i wcisnął mi ją pod nos.
Nagłówek artykułu w dziale plotkarskim zaopatrzony był w tandetne zbliżenie mokrej twarzy jakiejś dziewczyny. Dopiero po chwili rozpoznałam w niej siebie. Opadła mi szczęka, ale oczy dalej czytały tekst artykułu.

Powrót córki marnotrawnej?





Wszyscy doskonale znamy Victora le Fay i jego ekstrawaganckie miotły, które jak twierdzą eksperci, są niesamowicie  posłuszne właścicielowi. Szkoda, że król rynku mioteł nie może powiedzieć tego samego o swojej jedynej córce, Cassandrze.
Dziedziczka imperium miotlarskiego i jakże sławnego nazwiska pojawiła się jakiś czas temu w Ministerstwie Magii w towarzystwie Astorii Malfoy, blisko związanej z rodem le Fay. „Dziewczyna wcześniej uczyła się w prywatnej amerykańskiej placówce dla młodzieży z jej uzdolnieniami, ale już tam lubiła sprawiać problemy” zdradza Prorokowi znajomy rodziny. „Cassandra to potężna czarownica, ale język ma niewyparzony”.
Młoda panna le Fay jest metamorfomagiem, więc całkowity brak podobieństwa do rodziców może być wytłumaczalny, ale czy na pewno zrozumiały? Czyżby dziewczyna w ten sposób chciała zwrócić na siebie uwagę zapracowanego ojca i matki-badaczki? A może to po prostu kolejny wybryk pannicy, której do głowy uderzyła sława rodziców?
Cassie le Fay spotkała… a może raczej wpadła w Ministerstwie na równie sławnego, co przystojnego rozrabiakę Jamesa Syriusza Pottera. Jak widać na zdjęciach, gdyby nie młodszy brat Jamesa, Albus, młodzi nie wróciliby do rzeczywistości zbyt szybko. „Napięcie między nimi było wręcz namacalne. Ciągnie swój do swego” mówią naoczni świadkowie. Co ciekawe, nastolatka ma zacząć nowy rok szkolny w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Oznacza to, że nasza dziedziczka została wyrzucona z poprzedniej szkoły? A może rodzice postanowili wziąć się za swoją jedyną pociechę?
W powietrzu unosi się zapach tajemnicy i romansu, czyli wszystko, czego mogliśmy spodziewać się po le Fay’ach(…).





   Spojrzeliśmy z Alexem po sobie, osłupieli zastanawialiśmy się co, do cholery, miało to znaczyć. Salem obdarzył nas zdegustowanym spojrzeniem i miauknął głośno, jak koci budzik wybudzając z transu. Zamrugałam parokrotnie, ale nadal czułam się jak te postaci z kreskówek, które oberwały kowadłem w łeb. Wertowałam tekst, szukając odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Ku mojemu zaskoczeniu, tym razem je znalazłam.

No proszę. Dzięki, Losie, za to, że chociaż raz dajesz mi jasną odpowiedź na to, dlaczego moje życie jest takie posrane.

– Autor: Kendra Jigger – Postukałam palcem w podpis pod tekstem.
Kendra jest koleżanką z roku Jaspera, magiem władającym światłem, a kiedyś też szkolną plotkarą. Jak widać, Łowcy są już wszędzie, nawet w redakcji Proroka. Szkoda tylko, że wujaszek mnie nie uprzedził zanim dostaliśmy mini-zawału. Jako redaktor naczelny pewnie wiedział o tym wszystkim.
Alex rozluźnił się nieco i schował gazetę do torby.
– Jeśli TO jest część ich planu, to niech lepiej będzie lepszy, niż się na to zapowiada. – Odwrócił się i otworzył przede mną drzwi do sklepu Olivandera. – Panie przodem.
Jeśli od początku wiedział, co tam na mnie czeka, to powinnam była trzepnąć go jakąś ciężką klątwą albo napuścić na niego Salema... Taaaak. Głodnego Salema.


Daruję Wam moje tłumaczenia. Przecież nie trzeba być jasnowidzem, żeby wiedzieć jak to się skończy. Powiedziałabym, że przepraszam, ale ile razy można powtarzać te same słowa? Nie powtarzajmy ich, a w szczególności tych ważnych, jak "przepraszam". Sprawiamy wtedy, że tracą swój sens.
Dziękuję za przeczytanie, 
Storm ;)

9 komentarzy:

  1. Hej hej :D na wejście powiem że czekanie jest męczące (o czym sama wiesz :*). Więc tak, postać Azjatki bardzo mi się podoba, pomimo tak wielkich jej braków (bi wiesz, mało jej) mam nadzieję, że zaszczyci nas jeszcze swoją osobą. Wycinek z gazety, świetny pomysł, którego nie rozumiem, podobno to miała być ich przykrywka? To po co cały ten szum? Nie wiem co tam siedzi w Twojej głowie, ale mam nadzieję na jakieś ciekawe rozwiązanie. Oczywiście Alex jest cudowny i nie mogę się doczekac rozdziału z tylko jego perspektywy. Właśnie jeśli mowa o perspektywie, spodobało mi się jak przeszłaś do narratora wszechwiedzącego, ale wolę jednak Twój oryginalny styl (osoba pierwsza). Mogłabym jesz że napisać "jak to cudowne zrobiłaś, super kreacje postaci, kocham Alexa, uwielbia charakter Cath, wgl masz najlepszy styl na świecie." Ale po co Ci to pisać? Ty to wiesz :D oczywiście na pewno jest parę błędów, ale ich nie uniknie nikt. Dodatkowo powiem, że skądś znam ojca Cath, ciekaw skąd? :D i porażki enty, powiem Ci ze nieznośny świat HP tworzysz na nowo (a przynajmniej jak dla mnie). Tylko weź tam jakoś usuń nazwisko Potter xD kocham mocno ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, z tym wycinkiem to jest przecież dziecinnie proste, a żę ty ineligiętny człowiek jesteś to się pewnie już domyślasz.
      Azjatka? Ładne ma fioletowe włoski, nie? Sama bym sobie zrobiła, ale na to zaczekamy jeszcze parę lat.
      Ojca Cath? Nie mam nawet bladego, nie mówiąc o zielonym pojęcia o czym mówisz! :')
      Nie chwal mnie tak, ja tu muszę prolog poprawić, bo jest tak fatalny, że płakać mi się chce.
      A z tym czekaniem to masz rację, ale już dostałam nauczkę. Teraz módlmy się do Merlina, Morgany i Lorda V. żebym nie zapłaciła zbyt wysokiej ceny :/
      Ja cb też, wsparcie ty moje :3 ♥

      Usuń
  2. Tu tuuu tututu tuuu tututuuuu #GoT_Theme

    Zgodnie z zapowiedzią, oto jestem! Po tygodniu zajęć, chorób, tabletek, tableteczek, podróży i innych różnych, wczoraj wieczorem wreszcie siadłem i rozpocząłem nadrabianie. Stwierdziłem, że nie będę komentować każdego rozdziału, a zamiast tego dam jeden (pewnie przydługi i chaotyczny, czyli bardzo w moim stylu) komentarz.

    Pierwsze skojarzenie, gdy czytałem o umiejętnościach Cassie (specjalnie nie Cath, a co mi tam), to połączenie jej z postaciami komiksowymi z Marvela i DC Comics (Human Torch i te sprawy).

    Sam jej charakter woła o pomstę do nieba, dlatego wzbudziła moją pokrętną sympatię. Podobno przyciągam w swoje pole grawitacyjne nienormalnych ludzi, więc nawet postacie literackie ciągną do mnie :D

    Pomysł na szkołę dla łowców jest ogólnie czymś oklepanym w literaturze (szczególnie tej młodzieżowej, urban-fantasy itp), jednak wciśnięcie go w świat potterowski nadaje mu (światu) świeżości i otwiera nowe ścieżki. Tak więc, pomimo mojego wstępnego marudzenia, podoba mi się rozwiązanie.

    Marudziłem Ci już, że trochę mnie męczy pierwszoosobowa narracja tak ogólnie, tak tutaj jednak nie miałem większych problemów. Czytało mi się płynnie, wplatanie w opisy myśli bohaterki, później bohaterek, aż wreszcie bohaterów, nadawało temu wszystkiemu dodatkowego smaku.

    Co do samych myśli, dialogów, to dawno się przy czymś czytanym tak nie uśmiałem (zaklęcie cenzurujące spowodowało mój upadek na podłogę). Dobrze, że nie starasz się na siłę ugrzeczniać słów młodych osób (zabrzmiało to tak, jakbym był już stary... no starszy od Cass jestem o kilka dobrych lat).

    Historia. Wow. Oczekuję tego, co może przynieść kontynuacja, bo zsyłka do Hogwartu i spotkanie ze smokiem rozbudziły moją wyobraźnię. Tylko błagam, i to tak poważnie, nie zrób z tego nagle romansidła, bo to by było ciosem w serce.

    Bym zapomniał. Opisy. Momentami nie mogłem wyjść z podziwu, szczególnie przy sławnej ministerialnej fontannie. Chylę czoła przed pomysłem pokazania tego w taki sposób. No i sytuacja przy fontannie, chyba nie muszę wspominać, że się uśmiałem?

    Teraz trochę prywaty. Lubię czytać tzw. sceny po napisach końcowych (albo te przed tekstem właściwym, które, w obu przypadkach, potrafię zrobić bardzo rozległe) i komentarze. Pod którymś z rozdziałów napisałaś, że trenujesz, a w komentarzu zdradziłaś, że taekwondo. WOW! Z ciekawości, skąd się to wzięło u Ciebie, jak długo już hasasz po matach, jak ze wzrostem i zasięgiem u Ciebie? (Dociekliwy z zawodu i zamiłowania do sportów - szczególnie tych kontaktowych, a już w ogóle tych azjatyckich). Sam bym poszedł wreszcie coś podziałać, ale... no powiedzmy, że moje ciało jest trochę zbuntowane. No trudno, dlatego trzeba to odkładać.

    Co do czekania, to chyba dość daleko Ci do mojego rekordu. U mnie na kolejny rozdział czekano 4 lata. Wena jest kapryśna, więc nie można mówić o takiej typowej regularności nieraz. Taki jest cykl i trzeba go zaakceptować :D

    Chyba trochę krótki komentarz, jak na moje możliwości wyszedł. Nie będę na siłę rozciągać go już.

    Pozdrawiam i cierpliwie czekam na kontynuację :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej ;)
      No nie oszukujmy się, Cass (przyjmijmy jakiś neutralny pseudonim) ma charakter. Dlatego biedny Alex ma jej serdecznie dosyć, a nauczyciel modlili się, żeby wreszcie skończyła szkołę.
      Pomysł na Łowców - wiem, tutaj trochę zawaliłam, ale naprawdę pasuje mi do tego uniwersum. Nie widziałam tego jeszcze w fanfiction (znając moje szczęście, należy podkreślić *jeszcze*), co pozwala mi na pewną swobodę.
      Cath i ja jesteśmy w podobnym wieku, więc nie będę udawać, że nastolatki nie przeklinają, bo byłaby to hipokryzja. Tak samo zresztą z pisaniem z perspektyw. Szczerze obawiam się pisania z perspektywy płci przeciwnej, bo nie chcę, żeby byli zbyt babscy. Dlatego czasem męczę się i na siłę zmieniam słowa, bo wsadzenie Alexowi w usta słowa "chabrowy" to jak zmuszanie Abi do przyznawania się do winy. Po prostu "nie" i tyle.
      Cała ta historia, jak już pisałam, siedzi mi w głowie nieustannie. Potrafię usłyszeć jakąś piosenkę w radiu i od razu myślę: "O, to przecież o Jamesie..." i tak dalej. Bywa to cholernie upierdliwe (tak, przekleństwo jest tutaj konieczne), bo w telefonie mam dzięki temu 28 notatek na temat samego bloga... :/ Taaaa, Welcome in Psychos' Club.
      Nie martw się, nie jestem fanką romansów, dlatego nigdy nie wystąpi od u mnie na pierwszym planie. Wiadomo, to nastolatki, mają po 15-16 lat, to "ten" czas, kiedy całe społeczeństwo myśli, że masz potajemnego chłopaka/dziewczynę (mówię z doświadczenia), ale kto powiedział, że to najważniejsza rzecz w opowiadaniu? Bo na pewno nie ja. Wolę lekki angst, dramat, no i nie zapominajmy o zroszeniu "stron" krwią, bo czemu by nie.

      A tak prywatnie: tak, trenowałam taekwondo. Było to tak mniej więcej 4-5 lat, w okresie bardziej dziecięcym niż nastoletnim. Na początku była to próba, po sekcji pływackiej (kochałam pływanie i kocham je nadal, ale nie zachęcała mnie perspektywa klasy pływackiej, bo u mnie w mieście niestety nie jest są one na wysokim poziomie jeśli chodzi o naukę, a w tamtym czasie rodzice podejmowali większość decyzji), więc padło na taekwondo. Na początku było fajnie, potem zaczęłam dorastać i dostrzegać coraz więcej rzeczy (np. to, że spełniam nieswoje marzenia), co doprowadziło do paru nieprzyjemności. Zawsze byłam bardziej wytrzymała, silna niż szybka, co bywało i wadą, i zaletą, jak to bywa w sportach walki. Wzrost mam jak na swój wiek wysoki (173 cm), a do tego jestem nieźle rozciągnięta (około 5 cm do pełnego szpagatu francuskiego + w siadzie prostym dotykam głową kolan, a palce dłoni mogę spleść za stopami). Przestałam jednak trenować ze względu na brak czasu (szkoła :/) i brak motywacji. To przez niską samoocenę miałam straszne problemy z wygraniem walk. Jedna z najważniejszych zasad sztuk walki:

      Przed zawodami, przed każdą walką czy sparingiem musisz wygrać jedną, ale najważniejszą walkę. Z samym sobą, we własnej głowie.

      Tyle by było z moich mądrości, mam nadzieję, że nieco zaspokoiłam twoją ciekawość.
      Pozdrawiam i lecę pisać rozdział 9,
      Storm Hunter

      Usuń
    2. No to jesteś tylko z 10-12 centymetrów niższa ode mnie.

      No tak, spełnianie marzeń innych osób nie jest raczej czymś, co każdy chce robić.

      Ja z kolei zawsze chciałem spróbować swoich sił, jednak powiedzmy, że mam uszkodzenie, którego nie obejmuje reklamacja. I tak staram się buntować, trochę się katuję co jakiś czas (co nie służy mi, ale i tak daje chorą, prawie masochistyczną, przyjemność). Co do rozciągania to ze mnie jest mający około 75 kilogramów kloc drewna.

      Moją ciekawość czasami trudno zaspokoić, ale przynajmniej ją uspokoiłem. To ja już nie przeszkadzam. Pisz, pisz, pisz. Ja też muszę się wziąć do roboty wreszcie.

      Usuń
    3. Nie przeszkadzasz, jeśli masz jakieś pytania to w kontakcie masz email, możesz skorzystać, ja nie zabraniam ;)

      Usuń
  3. Bardzo mnie ucieszyłaś tą informacją o nowym rozdziale. Bałam się że o mnie zapomiałaś. Ale ten rozdział ukoił czas oczekiwania.
    Niemogę się doczekać ciągu dalszego

    OdpowiedzUsuń
  4. Nienawidze czekać, ale chociaż jest na co! Świetny rodział chociaż przez te przerwy zapominam o co tak w ogóle chodz, troche to uciążliwe :')
    Jednak, jestem oczarowana Cath i strasznie mnie ciekawi co stanie sie dalej, ale proszę pisz częściej! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama ze sobą dostaje załamania nerwowego, chyba zmienię początek nowego rozdziału bo strzelę sobie w łeb :) Wybacz, ogólnie próbuję pisać częściej, ale zawsze wychodzi jak zwykle i dodaję rozdział średnio co 3 miesiące. Każdego dnia sprawdzam bloga i widzę pojedyncze wyświetlenia. Chyba nic innego nie sprawia, że mam takie wrzuty sumienia :/
      Pozdrawiam i przepraszam,
      Storm Hunter

      Usuń