sobota, 25 marca 2017

Prolog #2


ZANIM PRZECZYTASZ

Prolog #2 jest rozszerzoną i poprawioną wersją Prologu #1. Napisałam go ze względu na niski poziom jego pierwotnej wersji oraz aby pomóc Wam zrozumieć pewne kwestie, które dotyczą opowiadania. 
OD TEGO MOMENTU TA WERSJA JEST WERSJĄ GŁÓWNĄ.
Życzę miłego czytania, 
Storm Hunter

PS. Do napisania tekstu użyłam piosenki "Laury Shigihary - Everything's Alright":
* Tekst po angielsku oraz tłumaczenie
* Muzyka







Dźwięki świeżo zaczarowanej pozytywki sprawiają, że półroczna dziewczynka otwiera zaspane oczka i rozgląda się po pokoiku. Słyszy cichy śpiew. Znajomy, kobiecy śpiew. Unosi lekko główkę i napotyka na spojrzenie lazurowych oczu.
Short steps, deep breath, everything is alright. Chin up, I can't step into the spotlight…
Niemowlę wyciąga pulchne rączki do kobiety, gaworząc coś po swojemu. Wydaje się, że zielone oczy dziewczynki błyszczą nienaturalnie, jakby wewnętrznym światłem, lecz wrażenie znika równie szybko, co się pojawia.



Spienione morskie fale powoli, ale nieubłaganie obmywają żółtawy piach. Jednak czyjeś drobne stópki odskakują do tyłu zanim palce zamoczą się w zimnej wodzie. Dziecko ląduje pupą na piasku, czemu towarzyszy salwa śmiechu.
Dziewczynka podnosi się z ziemi i otrzepuje tył eleganckiej sukienki, która pewnie jeszcze niedawno była nieskazitelnie czysta. Jej krzywy uśmiech wydaje się być jedynym jasnym punktem w całym okolicznym krajobrazie.
Niebo zasnuwają coraz ciemniejsze chmury, zapowiedź nadchodzącego sztormu.
Dziewczynka w sukience odgarnia niesforne czarne loki, które opadły na jej piegowaty nos i macha do swojej kuzynki, która niepewnie przestępuje z nogi na nogę tuż za nią.
– Cassie, twoja mama będzie zła. Moja też będzie zła – mówi młodsza z nich, marszcząc nosek. Podpatrzyła ten wyraz twarzy u swojej matki, ale nie wygląda on u niej tak samo jak u Bellony. Jeszcze nie. – Jesteś brudna, zobacz, o tu! Musimy wracać!
Starsza wzrusza ramionami i wraca do zabawy. Nie chce martwić Celine i opowiadać jej, dlaczego wyszła z domu bez pozwolenia mamy. Wie jednak, że mama prędzej czy później ją znajdzie. Zawsze ją znajduje. Dlatego też poprawia podwinięte rękawki tak, żeby nie było widać sczerniałego materiału.
Nagle, od strony zejścia z zamku rozlega się krzyk, w którym od razu można wyczuć zdenerwowanie:
– Cassandro le Fay! Jak ty wyglądasz?! Kto w ogóle pozwolił ci się oddalać?! A ty Celine?! Co TY tu robisz?!
Dzieci patrzą po sobie, przestraszone. Usta młodszej z nich wykrzywiają się w przebiegłym uśmieszku, zanim woła oskarżycielsko:
– Ciociu Catharino, to ona! Ona nas tu psy- przyprowadziła. – Celine wyrzuca z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego. Palcem wskazuje kuzynkę, która bezwiednie chowa ręce za sobą, splatając je za plecami.
– Cassie, prosiłam cię tyle razy…
Piękna, wysoka blondynka o lazurowych oczach unosi bogato wyszywaną, szmaragdową suknie tak, żeby – broń Merlinie! – jej nie ubrudzić i łapie starszą dziewczynkę za rączkę, ciągnąc ją za sobą w stronę zamku. Celine posłusznie drepcze za nimi, unosząc wysoko podbródek i prostując plecy. Tak, jak uczyła ją tego mama.
– Cassie, zawiodłam się na tobie – mówi dobitnie Catharina, krytycznym okiem patrząc na ubranie córki. Przystaje i wyjmuje różdżkę, szepcząc pod nosem zaklęcia mające doprowadzić strój do stanu używalności.
Dziecko drży pod jej spojrzeniem, ale przypomina sobie coś, co gdzieś kiedyś słyszała.

She said, "I'm sad", somehow without any words. I just stood there, searching for an answer.

Nadal obawiając się reakcji mamy, unosi swoje zielone oczy na spotkanie maminych.
– Czemu? – pyta zanim zdąży się powstrzymać.
– Dlaczego – poprawia ją Catharina, chowając różdżkę. Magicznie uporządkowana sukienka wygląda imponująco, poza jednym szczegółem. Kobieta niezbyt delikatnie chwyta za nadpalony rękaw i pyta na pozór spokojnie: – Co to jest?
– Rękaw – odpowiada dziewczynka natychmiast, wiedząc, co stanie się już za chwilę.
– Coś ty z nim zrobiła, dziewczyno? – warczy Catharina, próbując zamaskować własny strach gniewem.
– J-ja naprawdę… j-ja… To się s-samo stało! – jąka się Cassandra, grzebiąc nóżką w piasku.
Jakby reagując na strach dziewczynki, wokół jej tęczówki pojawia się ognista obwódka. Powietrze blisko niej wydaje się być gorętsze niż gdzie indziej.
Blondynka nie chce krzyczeć na niespełna pięciolatkę, ale w tej chwili naprawdę zaczyna się bać. Jest dokładnie tak, jak mówili uzdrowiciele. A będzie jeszcze gorzej.
– Przebierzesz się jeszcze przed przyjęciem – odzywa się, próbując panować nad głosem. Oczyszcza gardło i dodaje: – A potem porozmawiamy razem z tatą.
Celine uważnie przysłuchuje się ich rozmowie. Zawiesza wzrok na twarzy małej panny le Fay, spodziewając się strachu tamtej. Piszczy przeraźliwie głośno, gdy widzi jak oczy kuzynki robią się czerwone i przewraca się na piasek, potykając o własne nogi.



–  Dzień dobry. Zostanie pan na herbatę?
–  Nie, dziękuję. Czy to ty jesteś tą małą Cassandrą le Fay, o której tyle słyszałem?
–  Tak, proszę pana. Mogę zapytać, czy przyszedł pan do tatusia?
Mężczyzna zakłopotany przejeżdża dłonią po karku.
–  Właściwie, to przyszedłem do ciebie.
Dziewczynka cofa się, zmieszana.
–  Jak to... do mnie? – pyta, patrząc w zielone oczy Pottera.
–  Córeczko, usiądź na miejscu, dobrze? Pan Potter chciałby zobaczyć twoje... umiejętności –  przerywa im ojciec Cassandry, Victor. Wyciera spocone dłonie o eleganckie spodnie, nie wierząc w to, co ma zamiar zrobić.
–  Ale tato, zawsze mówiłeś...
–  Temu panu możemy zaufać –  ucina pan le Fay, po czym siada w fotelu i odsuwa się trochę od córki, jakby bał się tego, co może zrobić. Dziewczynka spogląda na ojca niepewnie. Wyciąga dłoń przed siebie, częścią wewnętrzną do góry. 
–  Mamo... ? – patrzy na matkę spod firanki rzęs.
I just stood there, never know what I should do.
Pani le Fay odpowiada jej nieznacznym skinieniem głowy. Przechodzi ją dreszcz, gdy barwa oczu jej dziecka przechodzi od zielonej w złotą. Następnie pojawiają się w nich czerwone drobinki, poruszające się jak żywe płomienie i wyglądające na równie wygłodniałe.
Serce pięknej kobiety bije w piersi tak głośno, że zagłusza wyrzuty sumienia.
Cassandra skupia się, przymykając oczy i marszcząc piegowaty nosek. Po chwili na jej ręce płoną wesołe, ciepłe ogniki. Na początku są pomarańczowo-czerwone, potem stopniowo robią się turkusowe, żeby na końcu przejść w purpurę. Dziewczynka próbuje ukryć zachwyt, który powoli, ale skutecznie wkrada jej się na twarz, lecz nie jest w stanie.
–  To niesamowite! Ile ona ma lat? –  Potter przerywa nieznośną ciszę, panującą w pokoju i zwraca się do Victora
–  Mam pięć lat – odpowiada mu dziewczynka zuchwale, rzucając mężczyźnie wrogie spojrzenie. –  Przypominam, że też tu jestem! 



–  Akademia dziwadeł? Pięknie... –  mruczy Cassie, patrząc na ojca spod drapieżnie przymrużonych powiek. – Czem- dlaczego – poprawia się szybko – mi to mówicie?
–  To nie są dziwadła – przerywa jej po raz kolejny pan Potter. – Dzieci są tam niezwykłe, tak jak ty! Kurs rozpoczynają w wieku sześciu lat,  który jest dość przystępny do rozpoczęcia nauki. Pełne szkolenie trwa dziesięć lat. Nasi... uczniowie" mieszkają w Instytucie Czarownic, w Salem. Wiesz, gdzie są Stany Zjednoczone, prawda? 
–  Po co mi to wszystko mówicie? –  Oczy pięciolatki robią się coraz większe w miarę, jak domyśla się wszystkiego.  –  Chyba... nie wysyłacie mnie tam, prawda?! 
–  Dziecko, zrozum nas! –  mówi Catharina. Ze wszystkich sił stara się utrzymać władzę nad swoim głosem, bo kontrolę nad sytuacją straciła dawno temu.  –  Nie umiemy zapanować nad twoimi umiejętnościami, a potem będzie jeszcze gorzej! Masz za dużo mocy magicznej, nawet uzdrowiciele nie umieją jej okiełznać! Tam ludzie nauczą cię z niej korzystać tak, abyś nie skrzywdziła innych. Pamiętasz, co zrobiłaś małemu Scorpiusowi? Ciocia Astoria do tej pory nie chce spuszczać cię z oczu... – spogląda na córkę, ale tamta kręci głową. Nie chce jej słuchać. Wewnątrz blondynki rodzi się coś jeszcze. Coś niewyobrażalnie zimnego, dlatego ton jej głosu również się ochładza. Brzmi jak wyprana z wszelkich emocji, gdy mówi: – Może zrozumiesz to, gdy będziesz starsza.
–  Nigdzie nie jadę! –  Cassandra rzuca się biegiem w stronę drzwi. 
Jednak nie zdąża do nich dobiec. Szybkość to jedna z cech, których nie posiadała nigdy. Pan Potter kieruje różdżkę w jej stronę. 
–  Petrificus totalus! 
Ręce Cassie przylegają do boków, nogi łączą się.  Dziecko ma wrażenie, ze zamienia się w kamień.  Chwieje się  i niechybnie zderzy się z podłogą...
Jej ojciec podbiega do niej i łapie ją tuż nad posadzką
–  Przepraszam –  szepcze jej do ucha. –  To dla twojego dobra...
Tuż po wypowiedzeniu tych słów wie, że zabrzmiały one nie tak, jakby tego chciał.
„Why do my words always lose their meaning?”, myśli Victor i zaciska zęby, żeby nie powiedzieć czegoś jeszcze.



Tamara siedzi sama. W sumie, nic się nie zmieniło – nieważne, że do szkoły dotarły dzieciaki w jej wieku. Ona nadal czuje się samotna.
One obawiają się pół-wilkołaków. Boją się jej.
Pomimo wyglądu małego aniołka, drobna Tamara nie ma zbyt wielu przyjaciół. O ile dorosłych, którzy się nią zajmują, można nazwać przyjaciółmi.
– Tami! – woła panna Gordon, rozglądając się po podwórku. Nie widzi dziewczynki skrytej w gałęziach dębu. – Panno Fall! Wyjdź, proszę. Chcę ci kogoś przedstawić!
Tamara odchyla pojedyncze gałązki. Zerka przez liście, patrzy w stronę otwartego tylnego wyjścia Instytutu.
Młoda panna Miranda Gordon kładzie dłoń na ramieniu jakiejś dziewczynki. Czarnowłosa zrzuca ją z głośnym prychnięciem. Patrzy na kobietę jakby chciała widzieć ją stojącą w płomieniach.
Tamara parska śmiechem, który wydaje się zbyt głośny. Natychmiast zasłania usta dłonią, ale jest już za późno.
– Tu jesteś! – woła panna Gordon, machając do dziewczynki. Tamta nowa człapie za nią, gdy kobieta podchodzi do drzewa. – Zostawię was. Bez scen, Cassandro, proszę.
– Niech pani mnie tak nie nazywa! Oni mnie nie chcą! Nie jestem ich córką! – krzyczy panna le Fay, tupiąc nogą.
Pół-wilkołaczka przygląda się jej z ciekawością. Widzi, jak kosmyki włosów Cassandry czerwienieją ze złości gdy marszczy się jej mały, zgrabny nosek.
– Jesteś metamorfomagiem? – pyta Tamara, machając na pożegnanie pannie Gordon.
Naburmuszona dziewczynka kiwa głową, nie patrząc na blondynkę siedzącą na drzewie.
Tamara odrzuca warkocz na plecy i zeskakuje na trawę tuż obok nowej. Ku jej zaskoczeniu, czarnowłosa nie jest przestraszona, gdy patrzy na jej twarz.
– Co ci się stało? – pyta bez zastanowienia Cassandra, wskazując palcem lewe oko koleżanki. Dopiero po chwili dodaje: – Ojej! Przepraszam! To było niegrzeczne…
Speszona dziewczynka patrzy w ziemię i dłubie w niej butem.
– Hej, nie ma za co przepraszać! – uśmiecha się panna Fall, dotykając ramienia le Fay. – To po prostu moje oko. Ty masz obydwa zielone, ja jedno żółte, drugie szare – rozgląda się wokół, po czym dodaje konspiracyjnym szeptem: – Jestem Tamara. Zdradzić ci sekret?
Szmaragdowe oczy błyszczą z podekscytowania na sam dźwięk słowa „sekret”. Cassandra kiwa głową energicznie, po czym również patrzy wokół, upewniając się, że nikogo nie ma i nadstawia ucho.
– Jestem pół-wilkołakiem.
Szept jest tak cichy, że ciemnowłosa na początku niewiele rozumie. Gdy jednak przetrawia informacje, marszczy brwi i pyta:
– Da się być półwilkołakiem? Myślałam, że…
– Powiem ci tylko wtedy, gdy ty pokażesz mi jaką masz moc.
Młoda le Fay odwraca się do niej bokiem i wpatruje w ogromny gmach Instytutu.
– Obiecasz, że nie będziesz się bać? – pyta.
Ku zaskoczeniu dziewczynki, Tamara wybucha śmiechem.
– No coś ty! – mówi, szturchając koleżankę łokciem. – Rozmawiasz z wilkołakiem! – woła, kręcąc się dookoła własnej osi. – Grrrr! Jestem straszną bestią!
Cassandra również śmieje się, przymykając oczy.
– No dobrze – zgadza się, podwijając rękawy. Pamięta nauczkę, jaką dostała wtedy, przed przyjęciem. „Zawsze podwijać rękawy”, powtarza w myślach.
Wyciąga rękę przed siebie i skupia się. Bez strachu ani poczucia winy, czuje jak ogień znajduje się wewnątrz niej. Musi tylko sięgnąć po niego i...

What I feel, what I say, there's such a rift between them.

Ignoruje wspomnienie miny ojca, gdy pierwszy raz zobaczył, jak to robi. Próbuje zapomnieć ten dziwny wyraz twarzy, który mama nazywała „rozczarowaniem”.
– Wow!
Otwiera oczy i widzi zachwyt Tamary, gdy tamta podziwia płomienie tańczące na jej dłoni. Nie ma tam przerażenia czy gniewu, jak u rodziców. To sprawia, że dziewczynka uśmiecha się, odpędzając złe wspomnienia.
Le Fay przykłada dłonie do siebie, gasząc ogień.
– To było super… Cassandra, tak? – Blondynka widzi, jak uśmiech schodzi z ust dziewczynki. – Powiedziałam… coś nie tak?
– Moi rodzice tak nie uważają.  Oni… oddali mnie tu. Nie chcą, żebym była z nimi w domu, mówią, że mogę komuś zrobić krzywdę – szepcze le Fay, bawiąc się włosami. Nie patrzy na Tamarę, bo wie, że jej twarz wyraża współczucie.
Zapada niezręczna cisza. Pierwsza postanawia przerwać ją mała Fall, proponując:
– A może… znajdziemy ci nowe, superowe imię?
Cassandra przekrzywia głowę, przysłuchując się pomysłowi.
– Hmm… Na przykład?
– Cassie?
– Nie! Mama tak mnie nazywała!
– Jak nazywała się twoja mama?
– Catharina – bąka niechętnie Cassandra, nie będąc w stanie zignorować obrazu matki, mówiącej do niej tonem pozbawionym wszelkich emocji. Była taka… obca. Jak nie-mama.
– Mówią, że jesteś do niej podobna? – dopytuje blondynka, przez co jej koleżanka marszczy czoło w zamyśleniu.
– Podobno… Podobno zachowuję się jak ona, gdy była mała. Tak mówi babcia.
– Więc może coś na C… – kontynuuje Fall, uśmiechając się tylko jednym kącikiem ust.
– Moja ciocia nazywała mnie Cahan.
Tym razem Tamara marszczy brwi.
– Jest dziwne.
– Wiem, ale są do niego fajne zdrobniania!
– Na przykład? – dopytuje blondynka.
– Cath, Cathy…
– Podoba mi się Cath  – oznajmia Tamara, wdrapując się z powrotem na dąb i wyciągając dłoń w kierunku nowej. – Wchodź, Cath. Od dzisiaj masz nowe imię i nowy dom. Będzie nam tu razem superowo!
 Casssan-  Cath wspina się na drzewo obok niej z niebywałym trudem. Gdy dociera na szczyt jest zmęczona, ale szczęśliwa. Dawno nie była tak szczęśliwa.



– Hej! Le Fay!
Śnieżka trafia Cath w sam środek pleców, sprawiając, że prawie ląduje na śniegu.
Odwraca się, rozglądając się za strzelcem z morderczą miną. W między czasie zdejmuje czapkę i otrzepuje ciemnobrązowe loki ze śniegu.
Po chwili dostrzega wyrośniętego blondyna, wokół którego lewitują śnieżki. Jedną z nich podrzuca w dłoni, uśmiechając się bezczelnie.
– Właśnie podpisałeś na siebie wyrok śmierci, Alexie Blake – mruczy pod nosem, rzucając czapkę na śnieg.
Klęka powoli, jakby chciała zawiązać sznurówki. Przechodzi jej przez myśl, że ma już dwanaście lat i niedługo będzie na to za stara, ale zaraz karci siebie w myślach za ten niedorzeczny pomysł.
Celpedimenta – szepcze, wyjmując różdżkę z buta i kierując ją w swoją stronę.
„Zobaczymy, jak poradzisz sobie z ultraszybkimi śnieżkami, kretynie.”
 Podnosi się z ziemi błyskawicznie, zgarniając przy okazji pełną garść śniegu. Formowanie śnieżki i wystrzelenie pocisku zajmuje jej około sekundy.
Gdy Tamara wygląda przez okno w bibliotece, widzi jak Alex biegnie przez podwórko w kierunku boiska do Quidditcha jakby goniła go sama Morgana. Zaraz za nim, nienaturalnie szybko pędzi plama przypominająca le Fay, z włosami powiewającymi za nią jak czarna flaga. Jej wrzask dociera do Fall, ale ta nie jest w stanie nic z niego zrozumieć. Cath mówi z prędkością zdania na sekundę, co oznacza, że Alex zaraz zginie.
Tamara zrywa się z miejsca i zgarnia ze sobą kurtkę, biegnąc ratować tyłek przyjaciela.
– Ty gnido! – wrzeszczy le Fay, czując jak zaklęcie przyśpieszające przestaje działać. – Nogi ci z dupy powyrywam!
– Płomyczku, nie klnij! – krzyczy zdyszany Blake, próbując trafić ją w biegu. Poważnie zaczyna bać się o swoją przyszłość, która nie zapowiada się na długą. – To był żart!
– Ja ci dam „płomyczku”! Przez miesiąc będziesz sobie wyjmował śnieg z tyłka!
Alex, widząc swoją ostatnią deskę ratunku wypadającą przez tylne drzwi Instytutu skręca gwałtownie i zaczyna lawirować pomiędzy drzewami.
Niespodziewanie nad jego głową przelatuje zaklęcie.
– Masz zeza! – woła, oglądając się na oddalającą się powoli le Fay.
Tamta jednak uśmiecha się do niego z satysfakcją i wskazuje coś na jego drodze, więc Blake natychmiast patrzy przed siebie. Za późno.
Zaklęcie trafia w ośnieżoną gałąź i zrzuca na ziemię śnieżną czapę. Blake, nie zdążywszy wyhamować, wpada z impetem w ogromny kopiec i ląduje w nim po pas.
Gdy zdyszana Tamara dociera na miejsce, Alex trzęsie się z zimna, a Cath ze śmiechu.
– Merlinie, wy…. Jesteście… niemożliwi! – wyrzuca z siebie blondynka pomiędzy łapczywymi haustami zimnego powietrza.
Cath szczerzy się do niej jak Kot z Cheshire, zanim rzuca w nią wielką śnieżką.
– Brr! – Fall ma oczy szeroko otwarte ze zdziwienia, gdy śnieg powoli spływa jej po twarzy.
Alex wgrzebuje się z zaspy i podchodzi do Tamary. Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, po czym pół-wilkołaczka bierze dużą garść śniegu i formuje z niej pigułę.
– TO OZNACZA WOJNĘ!
– HEJ! JEST DWOJE NA JEDNĄ!
– NA JEDNEGO DEMONA, CHCIAŁAŚ POWIEDZIEĆ! ALEX, AMUNICJA!
– TAMI, UWAŻAJ!
– LE FAY, TY MAŁPO, NIE W TWARZ!
– TO BYŁA ŚNIEŻKA SPRAWIDLIWOŚCI, FALL, TY ZDRAJCO!!!


When this world is no more, the moon is all we'll see.
I'll ask you to fly away with me.
Until the stars all fall down, they empty from the sky
But I don't mind.
If you're with me, then everything's alright.



Ciemność. Zimno. Cisza.
Cath próbuje się poruszyć, ale ból spada na nią z całą swoją siłą i przyszpila do podłogi jak insekta.
Ciemność. Zimno. Krew.
Szkarłatna rzeka wypływająca z rozciętego łuku brwiowego zalewa jej prawe oko, więc pozostaje jej tylko lewe.
Ciemność. Zimno. Głos.

Jak długo masz zamiar dać się tak upokarzać, mała Cahan?  Wijesz się tutaj jak robak, zamiast pokazać im, gdzie ich miejsce. Nie potrafisz uwierzyć we mnie?

Nie słyszę cię. Nie słyszę. Nie-słyszę-Nie-słyszę-Nie-słyszę-Niesłyszę-niesłyszęniesłyszęNIESŁYSZĘ!

Nieważne, ile razy będziesz to powtarzać, ja nie zniknę.

– He said, "I can't really seem to read you" – śpiewa pod nosem le Fay, a jej zdarte od krzyku gardło pali żywym ogniem. Zrobi wszystko, byle nie słyszeć Głosu.




– Ona nie żyje, Cath.
Słowa spływają z ust Pottera gładko, jakby mówił  o pogodzie.
But I don't mind. If you're with me, then everything's alright
Cassandra szarpie się na łóżku, chce zatkać mu usta, ale jest zbyt ciasno przypięta pasami, żeby móc się ruszyć. Zamiast tego krzyczy:
– NIE SŁYSZĘ CIĘ! NIE SŁYSZĘ! NIE SŁYSZĘ! Niesłyszęniesłyszęniesłyszęniesłyszę!
Znowu go widzi. Wraca jak stary przyjaciel, kiedyś nieodłączna część jej życia.
Strach w oczach Pottera jest


wystarczającym powodem do wybudzenia się z tego chorego snu.

Nie chcę tego pamiętać.

–  Cath!
Wyprostowałam się nagle. Potrząsając głową, próbowałam się obudzić. Byłam w swoim malutkim pokoju w Salem, siedziałam na łóżku. Znowu ten sam koszmar. Ile można?
–  Co jest? – zapytałam, mrugając, by pozbyć się pozostałości po śnie sprzed oczu.
Alex, mój najlepszy przyjaciel, stał nade mną uśmiechnięty od ucha od ucha.
–  Ziemia do Cath! Żyjesz jeszcze? Bo zawołam Jaspera, może cię obejrzy...
W tym momencie urwał, ponieważ oberwał ode mnie poduszką prosto w twarz.
–  Chwała Merlinowi, dałaś znaki życia! – zaśmiał się, podnosząc moją broń z podłogi i odkładając się z powrotem na łóżko. –  Bardzo się szamotałaś. Coś nie tak?
– Znowu to samo – odpowiedziałam, przeciągając się. – Coś ty taki uśmiechnięty? Coś mnie ominęło?
– Naprawdę nie wiesz? – zapytał Blake, unosząc znacząco jedną brew i uśmiechnął się szerzej. 
–  Czekaj... dzisiaj jest trzydziesty pierwszy lipca? Kończymy szkolenie... O nie-nie-nie!
Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Alexa.
–  Dom...? 
–  Nie było mnie tam dziesięć lat! Ja... boję się tam wracać... –  spojrzałam Alexowi głęboko w oczy, szukając pomocy.
On jak zwykle dobrze mnie rozumiał. 
– Dom to tylko budynek. Przecież widywałaś rodziców, prawda?
– U babci. Prawie każde święta, przerwę czy ferie spędzałam u niej, a oni rzadko raczyli się zjawić. A teraz babci nie ma…
Alex westchnął ciężko. 
– Pomyślisz o tym później. Teraz ja wychodzę, a ty się ubierz i zejdź na śniadanie. Czekam na dole, bo i tak złamałem zasady, wchodząc na korytarz babskich sypialni.
Gdy drzwi się za nim zatrzasnęły, rzuciłam się z powrotem na łóżko.
– Dom? Gdzie to właściwie jest? 




7 komentarzy:

  1. Wczoraj przeczytałem pierwszą wersję prologu, dzisiejsze towarzystwo kawy umiliła mi wersja rozszerzona.
    Jak dobrze wiesz, jeszcze nie nadrobiłem reszty materiału, więc (jak przystało na prolog) mam masę pytań pozbawionych odpowiedzi. Co się dzieje, kto umarł (ten nie żyje), dlaczego (czemu?), co, jak, gdzie? Nakręca mnie to na dalsze czytanie :D
    Ubawiłem się tą sceną z bitwą na śnieżki. Te zaklęcie wymyśliłaś sama, czy gdzieś mi umknęło w zalewie innych czarów potterowskich?
    Tak samo ze sceną poznania się dziewczynek. Dokładnie w taki sposób widzę zapoznawanie się dzieciaków (co sam przerabiałem... no trochę dawno temu, gdzieś z 18 lat będzie)
    Na chwilę obecną bawię się dobrze, pomimo lekkiego bólu narracją pierwszoosobową (ale to już mój problem). Stylistycznie jest wszystko na swoim miejscu, nie widzę nawet chęci czepialstwa.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórym narracja pierwszoosobowa pasuje, innych odstrasza. Mam nadzieje, że wytrzymasz ten ból, bo niestety najlepiej czuję się w właśnie w pierwszoosobowej. :B Wczuwanie się w bohaterów i tak dalej.
      Zaklęcie wymyśliłam sama, na potrzeby tego, że Cath nigdy nie była zbyt szybka i musi to jakoś nadrobić. ;)
      Oj, to dobrze, że masz pytania, ale martwię się, że przeżyjesz lekki zawód w następnych rozdziałach, bo dopiero od 3-4 są napisane lepiej i rzeczywiście zaczyna się coś dziać.
      A, mam nadzieje, że nie odstraszy cię trochę rzucania mięsem, bo mimo 15 lat, to Cath też się zdarza. :D

      Usuń
  2. Wreszcie znalazłam czas na konstruktywny komentarz i przy okazji sposób ubrania myśli w słowa. Znasz mnie, więc wiesz że mam za dużo na głowie i za dużo chce zrobić w jednym czasie (So sad, bo to jest kolejny raz kiedy żałuję tak późnego wejścia na Twojego bloga -.-). Przechodząc do konkretów, znalazłam jedną, maleńką literówkę (zamiast "że" masz "ze") oraz jeden błąd logiczny (jak dla mnie logiczny), ale to już na priv. Jak już wiesz uwielbiam Alexa czy młody czy stary (albo czy młody czy młody ;) ). Jednak mam zbyt mały kontakt z dziećmi więc nie wiem te bestie są tak bystre jak Cassi. Oczywiście, bo bez tego nie potrafię, nadal zachęcasz mnie do zapoznania się z JM, jednak będzie mi tam brakowało takiej barwnej, "słodkiej" Cassandry. Jak wiesz uwielbiam Twój styl pisania i uważam, że marnuje go na fanfikach (napisz żesz książkę!!). Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie napisała "więcej takich akcji z głosem, to jest creepy, a przy okazji sprawia że nie wiem co jest w Twojej głowie". To na ten moment tyle, chociaż mogę jeszcze napisać że masz talent i wgl... Jednak to chyba trochę nudne dla Ciebie ;*
    P.S przepraszam za tak późny odzew <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątpię czy kiedykolwiek tu wrócisz, ale chciałam cię strasznie przeprosić za moją niezdarność :( Przez przypadek usunęłam twój komentarz spod rozdziału zamiast ze spamu, za proszę - wybacz! Wklejam go pod spodem:

      Cześć! 🙂
      Trafiłam na tego bloga przez przypadek, ale postanowiłam przeczytać chociaż prolog. 🙂
      Hm... Kurczę, od dawna nie umiałam dobrać słów, żeby wyrazić moje odczucia... 😛
      Może tak: jest dobry, ale jakoś mnie nie zauroczył. Po prostu się go przyjemnie czytało. Tyle. 😉 Ale może konkretniej...
      Zaintrygowała mnie główna postać. Zastanawia mnie, o co chodzi z jej mocą. Znaczy wiadomo, że może "bawić się" ogniem, ale pewnie ma to drugie dno. 😉
      Tylko mi się nie podobało, że zmieniłaś jej imię. 😕 Bardziej mi podchodziło Cassandra niż Cahan, ale to już chyba kwestia gustu. ;D
      Podoba mi się, jak piszesz, chociaż odczułam momentami ciężkość tekstu, jednak znacznie przeważała lekkość twojego pióra. 🙂
      Co jeszcze...?
      Ach, no tak. Zaintrygowało mnie ostatnie pytanie. Mega mi się podobało. ❤ Uwielbiam takie smaczki. 😀
      Mogę się jeszcze przyczepić do braku wcięć akapitowych. Polecam to zrobić, bo tekst wtedy wygląda bardziej przejrzyście, a i czytelnikowi ułatwia czytanie. 😉
      Więc co? 😉 Ja już kończę i postaram się w najbliższym czasie nadrobić rozdziały. 😀
      Pozdrawiam i dużo weny życzę! 😀

      Co do akapitów: są one we wszystkich pozostałych rozdziałach, możesz sprawdzić! ;) W tym prologu nie jestem w stanie ich wstawić, najwyraźniej szablon się zbuntował. Postaram się coś zaradzić w tej kwestii, bo doskonale wiem, że to aż kuje w oczy ;)
      Na odkrywaniu jej mocy opiera się cała historia, więc pozwól, że zachęcę cię do przeczytania pozostałych rozdziałów ;)

      Ps. Jeszcze raz przepraszam, muszę uważać na to, co klikam :/

      Usuń
    2. Cześć! :)
      Nic się nie stało. ;) Ile razy ja coś źle kliknęłam i poknociłam, to bym nie zliczyła. xD
      I możesz być pewna, że przeczytam kolejne rozdziały. ;) Ostatnio mam fazę na czytanie fanfic'ów i twojego pewnie nie pominę. ;D
      A co do akapitów... Też kiedyś miałam z tym problem. :/ Ale po prostu wkleiłam do worda i się jakoś naprawiło. Nie mam zielonego pojęcia w jaki sposób, ale grunt, że zadziałało. :)
      Pozdrawiam! :D

      Usuń
  4. Czuję się pominięta. Czekałam tak długo na nowy rozdział a tu proszę. Z ciekawości zerką a tu jest nowy rozdział. Jak to możliwe że nic o nim nie wiedziała?
    Ale z miłą przyjemnością czytałam go i życzę weny

    OdpowiedzUsuń